sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 6

-...dlatego chcemy ci pomóc.-powiedziała królowa Gwen.
Czuła się onieśmielona tą rozmową. Wszystko szło dziwnie od samego jej początku. Arthur i Gwen poprosili by została w zamku jako ich gość, a za argumenty podali to, że nadal mam problemy z kostką no i że jestem młoda, że nie chcą by moje życie potoczyło się po prostu źle. Miała tu zostać, być traktowana jak księżniczka i nic nie dać za to w zamian. Czuła się dziwnie. Bardzo dziwnie. Według innych to byli jej rodzice... A wcale nie wydawali się być dużo starsi od niej.
-Zgadzasz się na to?-zapytał powoli młody król a ona spuściła wzrok. Poczuła rumieńce na policzkach nie bardzo wiedząc co mu odpowiedzieć. Odezwała się dopiero po chwili.
-Panie nie jestem pewna czy zasługuję na tak wielką łaskawość z waszej strony.-odparła cicho i spokojnym głosem
-Oczywiście, że tak!-powiedziała królowa pełnym dobroci głosem.-Tak śliczna, młoda i cnotliwa kobieta nie może zmarnować sobie życia. My tylko chcemy ci pomóc.-mówi z żarliwością i gorliwością. Tak naprawdę dziewczyna sądzi, że królowej po prostu brak przyjaciółki.
-Felicjo zastanów się nad tym.-spojrzała na chwilę w oczy Arthura i poczuła się dziwnie.
-Czy mogłabym udać się na spacer by wszystko przemyśleć?-zapytała uprzejmie patrząc po władcach spokojnie.
Zapanowała chwila milczenia. Małżeństwo spojrzało na siebie i wymienili znaczące spojrzenia.
-Nie chcielibyśmy by coś ci się stało na tym spacerze.-powiedziała cicho królowa, a dziewczyna zrozumiała. Boją się czy nie zrobi czegoś złego, głupiego i takie tam. Wydawało jej się to śmieszne, ale z ich punktu widzenia to miało sens. Nie znali jej zbyt dobrze, według nich straciła rodziców i mogła wydawać się trochę niestabilna psychicznie... A szczególnie jeśli Merlin powiedział o jej wczorajszym płaczu.
-Czyli nie ma takiej możliwości?-zapytała cichutkim głosem i sama się go przeraziła. Jej smutek był bardzo w nim widoczny, ale szybko przywróciła na twarz obojętny wyraz.
-Oczywiście, że jest!-powiedział pośpiesznie Arthur prawdopodobnie nie chcąc jej tutaj więzić.-Jednak wolelibyśmy byś nie wychodziła sama.-dodał łagodniej a ta mocno przygryzła wargę.
-W takim razie dziś chyba zrezygnuję.-spuściła wzrok na swoje dłonie splecione na kolanach i na chwilę zamknęła oczy. Miała nadzieję na chwilę samotności tak jak kocha i może na znalezienie sobie zajęcia na kilka dni... Mogłaby zająć się chemią i może trochę botaniką? To mogłoby być ciekawe. A może udałoby się jej zrobić farby? Może jakieś kartki prowizoryczne? Zrobić pędzel to nie problem. Westchnęła cicho.
-Na pewno? Bo to nie problem...-zaczęła królowa, ale widząc jej minę zamilkła.
-Jestem samotniczką Wasza Wysokość.-powiedziała cichym głosem i zgryzła wnętrze policzka.-Nie mam problemów z kontaktami międzyludzkimi, ale zdecydowanie wolę swoje własne towarzystwo. Bez urazy.-zarumieniła się i odwróciła wzrok. Traktowali ją naprawdę dobrze, ale ona nie szukała przyjaciół. Szczerze to byli jej rodzice i to było cholernie dziwne znaleźć się w takiej sytuacji.
Znowu zapanowało milczenie i w tym czasie podeszła służka i zabrała puste talerze i w ciągu krótkiej chwili stół przy którym siedzieli zrobił się pusty. Władcy wyglądali jakby niemo rozmawiali na spojrzenia i przez chwilę czuła się jakby przeszkadzała, bo widać było, że to dość intymne spojrzenia. Z jakimś głębszym sensem.
-Zależy ci na tym prawda?-westchnął król i spojrzał na nią jak ojciec na zbyt krnąbrne dziecko. Poczuła jeszcze większy rumieniec na policzkach i przytaknęła.
-W takim razie idź... Ale wróć przed zmrokiem.-powiedział blondyn o niebieskich oczach, a ta uśmiechnęła się szeroko.
-Dziękuję. Naprawdę. Będę na czas.-zapewniła wstając powoli i spojrzała na parkę wesoło.
Po chwili już szła korytarzem w stronę wyjścia z zamku, uśmiech nie schodził jej z twarzy. Będzie wolna. Chociaż na krótką chwilę będzie wolna. Szła przez miasto aż nie znalazła się na łące, w oddali widać było gęsty las. Skierowała tam swoje kroki, ale nie schodziła z dróżki. 
Gdy znalazła się w gęstwinie i objął ją częściowo mrok usiadła kawałek od drogi pod dużym dębem i zamknęła oczy.
Arthur i Gwen dali jej naprawdę przemiłą propozycję i grzechem byłoby z niej nie skorzystać, była tu tak naprawdę po to chyba, ale czuła się dziwnie wiedząc, że byłaby im zależna. Zawsze chciała być niezależna i mogła to utracić na jakiś czas.
Nie chodziło o to, że władcy Camelot chcieli czegoś od niej, ale jednak czułaby się zobowiązana gdyby ją o coś poprosili. Tu był problem. Przez to coraz bardziej by była też im wdzięczna, coraz bardziej by ich lubiła, a to nie jest zbyt dobre. Przywiązywanie się do ludzi może być bardzo bolesnym doświadczeniem i ona dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Potem gdyby np.wróciła do swoich czasów to tęskniła by za nimi... za rodzicami. To tego się bała. Nie chciała tracić nikogo więcej tak po prostu, nie chciała by jej serce po raz kolejny łamało się na tysiące kawałeczków i ona nie miałaby możliwości go poskładać w ten sam sposób jak już się jej raz udało. Strasznym było to jak szybko można pokochać... Gdyby trzymała się na uboczu... Gdzieś blisko, ale jednocześnie w ukryciu... jej serce i dusza byłyby bezpieczne, nie narażone na kolejne głębokie rany i roztrzaskanie się marzeń, pragnień i uczuć o lodowatą podłogę zła.
Rozejrzała się wokoło i położyła się na trawie. Patrzyła na niebo spowite przez chmury i liście drzew, jednak widok był cudowny. Nigdy nie miała okazji tak po prostu leżeć i odpoczywać. Nigdy nie mogła tak spokojnie pomyśleć. Zawsze w życiu jej i dziadka coś się działo... jednak zawsze wygrywali z przeciwnościami losu. I ona teraz też wygra z tym co kładzie jej pod nogi los. Zrobi to i wróci do swojego domu. Do domu pachnącego bezpieczeństwem...
Po jakimś czasie gdy leżenie i myślenie zaczęło jej się nudzić. Wstała więc i zaczęła zbierać niewielkie ilości ziół które znała. Po godzinie w swojej maleńkiej torbie miała melisę, rozmaryn, koniczynę, babkę lekarską, liście brzozy, gorzknik kanadyjski, kocimiętkę, mniszek lekarski, srebrnik pospolity, skrzyp i naprawdę dużo więcej. Uśmiechała się przy tym jak głupia, ale to było dla chemika czymś naprawdę ciekawym. Znała się na tym trochę, tylko tyle ile z lekcji i na 100% nie jest tak dobra jak Gajusz ale umie coś zrobić. Z tego co kiedyś czytała wiele ziół w jej czasach uznawanych za bardzo cenione tutaj uznawane były za truciznę. I szczerze to jeśli coś się źle przyrządzało to a i owszem. Jednak ona zebrała tylko takie rośliny co nie miała problemu z przyrządzeniem, a miały naprawdę ciekawe działania. Żadna z roślin zebranych przez nią nie była trująca, bo gdy je zbierała uważała by części złe po prostu zostawiać na miejscu. 
Gdy zadowolona szła do zamku dobry humor jej nie opuszczał. Ludzie spoglądali na nią ciekawi kim jest, ale żaden z nich nie odważył się podejść.
Ten dzień był dla niej dobry. Naprawdę. Niestety już się kończył... A ona była cholernie głodna i zmęczona...

niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 5 part 2

-Musimy porozmawiać...-powiedział pewnie.
Wpatrywała się w niego ogłupiałym spojrzeniem, nie wiedząc jak się zachować. Ostatnio zachowała się niegrzecznie, ale teraz nawet nie wiedziała co robić. Spuściła wzrok na ziemię. Znowu byli na tej polanie, ale tym razem była pewna, że to sen. Sen na lekach uspokajających.
-O czym?-zapytała w końcu powoli i cicho. Gdy mówiła piekło ją gardło. To dziwne uczucie zaczęło się nasilać.
-O tobie.-powiedział mężczyna siadając na ziemi i pokazał jej miejsce obok siebie ze stoickim spokojem. Nie pozostawił jej wielkiego wyboru więc usiadła po turecku cicho wzdychając. Poczuła się jak małe dziecko przy nim.
-Co znaczy, że o mnie?-zapytała cichutko onieśmielona. W jej głowie pojawiły się najróżnniejsze czarne scenariusze. Czy chce jej powiedzieć, że nigdy nie wróci do domu? Że pozostanie tu do końca swojego marnego życia? Że nie zobaczy więcej dziadka...? Ogarnęła ją panika, a w oczach pojawiły się łzy, ale szybko je odgoniła. Nie ma czasu na płacz w tym momencie.
-Nie musisz się bać.-powiedział człowiek siedzący obok i położył dłoń na jej dłoni.-Wszystko będzie dobrze, tylko musisz w to uwierzyć. Zobaczysz dziadka. I to nawet szybciej niż ci się wydaje.-jej towarzysz splótł ich palce i lekko ścisnął jej dłoń. Ten drobny gest sprawił, że poczuła się lepiej na duchu. Dał jej nadzieję, że nie jest tak całkiem sama, że ktoś będzie obok niej. Spojrzała najpierw na ich dłonie a potem na niego, a on posłał jej pokrzepiający uśmiech.-Będzie dobrze.-powtórzył spokojnie.
Wiedziona impulsem przytuliła się do niego zamykając oczy, a powiedzenie, że go zaskoczyła byłoby niedomówieniem, jednak po chwili została niezdarni objęta ramionami. Smutek przez to nie minął, ale mogła na chwilę poczuć się bezpieczna, chroniona przez kogoś.
-Długo tu będę?-zapytała cicho i pociągnęła noskiem. Nie ruszyła się z miejsca.
-Aż do Wielkiej Bitwy-usłyszała szept koło swojego ucha.- Czyli do zdrady jednego z rycerzy Arthura. Ale on jeszcze nie należy do jego armi.-powiedział bardzo cicho
-Oh.-westchnęła cicho i spuściła głowę.
Zapanowała cisza.Cisza idealna, przerywana jedynie oddechami, wiatrem i śpiewem ptaków.Jakże miły czas. Ile to trwało? Sama nie wiedziała. Straciła poczucie czasu w pewnym momencie.
-Zaufaj Merlinowi... on może być pomocny.-usłyszała jeszcze jak przez mgłę.
Gwałtownie usiadła. Zamrugała oczami i spostrzegła, że znowu jest w komnacie, w łóżku i z bandarzem na nodze.
Spojrzała za okno i westchnęła dostrzegając, że słońce dopiero wschodzi. Jednak niebo miało piękny kolor fioletu, czerwieni i pomarańczu. Mimo bolącej kostki zerwała się z miejsca i stanęła przy szybie obserwując ten cud natury. Musiała przyznać, że widok był bardziej imponujący niż kiedykolwiek w nowoczesnym świecie.Zamknęła oczy i zaczęła rozkoszować się promykami słońca na twarzy.
Uśmiechnęła się delikatnie, bo to uczucie było zdecydowanie cudowne.
Stała tak chwilę, jednak szybko się ogarnęła.Wczoraj została zmuszona do kąpieli, więc bez problemu może się ubrać. Jej suknia została wyprana i powieszona na oparciu jednego z krzeseł przed maleńką toaletką, na której leżały rzeczy takie jak szczotka i wstążki. Nie pamiętała by wczoraj to tu było, ale może ktoś to przyniósł gdy spała.
Trochę niezdarnie ubrała się w swoją wczorajszą sukienkę i odkryła, że nawet przyjemnie pachnie. Kwiatami. Zaciągnęła się tym zapachem i to było miłe zaskoczenie. Ostrożnie usiadła przed toaletką i zaczęła rozczesywać swoje loki. Szło to trochę opornie, ale w końcu się udało,że każdy z nich idealnie opadał na jej plecy pilnowany by nie opadał jej na twarz dwoma francuzami spiętymi z tyłu. Była to dziewczęca fryzura i uznała, że może być. Spoglądała na siebie w krystalicznie czystym lustrze.
Czy to rzeczywiście była ona? A może jej cień zniszczony przez świat? Sama już nie wiedziała.
Usłyszała pukanie do drzwi i chwilę po tym stanęła przed nią młoda dziewczyna w szaro-brązowej sukience.Wyglądała na zaskoczoną.
-To panienka już nie śpi?-zapytała chyba nie panując nad słowami.
-No jak widać nie.-uśmiechnęła się do niej nieśmiało, na co na policzkach dziewczyny pojawił  się rumieniec.-Dzień dobry.-dodała uśmiechają się trochę szerzej.
-Król wraz z kroląwą chcą panienkę widzieć. -powiedziała cichutko. -I wysłali mnie bym panience pomogła przyjść do sali tronowej.-skłoniła się lekko zdenerwowana.-Czekają ze śniadaniem.
Czyli normalne życie czas zacząć...

sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział 5 part 1

Jechali długo. Podróż ciągnęła się i ciągnęła, bolał ją tyłek, tak samo kostka. Była zła i nawet to, że rycerze robili z siebie błaznów i idiotów nie pomagało jej opanować rosnącej irytacji. Gbyby chociaż miała na sobie spodnie to ta przejażdżka dawałaby jej jakąś przyjemność, ale nie! Musiała wylądować w średniowieczu z jakimś cholernie głupim zadaniem. Miała sprawić, by jej domniemany ojciec nie popełnił największego błędu w swoim życiu. Cała ta sytuacja była dla niej po prostu komiczna i nie wiedziała jak mniałoby się to udać. To, że jechała na jednym koniu ze swoim ojcem, który nie wie nawet o jej istnieniu, nic nie zmieniało! Nie chciała kiedyś tam udawać księżniczki. Fuuuj.
Mimo swojej niecierpliwości i irytacji odpowiadała mężczyznom gdy ci do niej mówili, ale nic poza tym. Nie miała obowiązku samodzielnie podtrzymywać rozmowy.Najczęściej oni żartowali sobie z jak wywnioskowała ze służącego, co wydawał się być ich przyjacielem.Chłopak nazywał się Merlin i miał śmieszne uszy. Takie duże i odstające. Za to miał przyjemny uśmiech i grzywka tak uroczo opadała mu na czoło. Gdy zorientowała się o czym myśli poczuła zdradliwy rumieniec na policzkach i spuściła wzrok speszona.
Nie powinna tak myśleć. Prawdopodobnie o nikim. I prawdopodobnie nigdy.
Westchnęła cicho i zauważyła, że młody któl jej się przygląda na co zarumieniła się bardziej. Zaraz po tym usłyszała ciche chichoty. Spuściła głowę niżej i tym razem loki zakryły jej policzki. Zamknęła oczy i przez resztę czasu już się nie odzywała.
Pogrążona w swoich myślach nie zauważyła gdy wjechali do miasta tuż przed zmrokiem. Przestała słyszeć wesołe rozmowy.Pozwoliła sobie marzyć... i zatęsknić za dziadkiem. Za swoim pokojem w którym zawsze pachniało kawą i herbatą, trochę owocami. Straciła wszystko co kochała. To akurat nie było kłamstwem.
Na dziedzińcu się zatrzymali a rycerze zeskakiwali ze swoich koni. Arthur podał jej dłoń gdy w sukni przerzucała nogę na drugą stonę a po tym pomógł jej z konia zejść jak prawdziwy dżentelmen. To było miłe, ale nie mogłaby się do tego przyzwyczaić.
-Dziękuję.-powiedziała cichutko i posłała mężczyźnie nieśmiały uśmiech, który ten pewnie odwzajemnił.
-Trzeba cię zabrać do Gajusa by zobaczył czy nic ci nie jest, w tym czasie ktoś przygotuje dla ciebie pokój i kolację.-powiedział uprzejmie i podał je ramię, które niepewnie ujęła.Jak się okazało było to jak zbawienie bo ledwo szła z jego pomocą.
To będzie trudny wieczór...

Po może dwóch godzinach znalała się w dziwnym pokoju, miała na soobie jakąś dziwną koszulę nocną która ją drapała. Nogę miała owiniętą bandażem i pod spodem czymś wysmarowaną. Gajus ją trochę przerażał,sprawiał wrażenie, jakby patrzył prosto w duszę człowieka. To było straszne.
Upadła na miękkie łóżko.
-Chcę wrócić do domu...-wyszeptała cicho. Czując łzy na policzkach wsunęła się pod kołdrę i zaczęła szlochać. Dławiła się łzami i trzęsła się. Przed oczami miała obraz domu i dziadka. Potrzebowała go. Potrzebowała bezpieczeństwa, którego tutaj nie czuła...
Gdy usłyszała pukanie do drzwi siadła gwałtownie i otarła mokrą twarz. Wypowiedziała ciche "proszę" i w drzwiach ujrzała spokojną twarz o dziwo...Merlina.Ten wszedł do środka z uśmiechem, ale gdy zobaczył jej zaczerwienione oczy jego twarz przybrała współczujący i rozumiejący wyraz twarzy. Widać też było u niego zmartwienie.
-Mam dla ciebie coś co pomoże ci zasnąć.-powiedział łagodnie i podał jej fiolkę z jakąś miksturą.-Mogę jakoś pomóc?-spytał cicho a ona nie wiedziała co powiedzieć.
-J-ja...Dziękuje. -pociągnęła noskiem i uśmiechnęła się słabo-I raczej nie da mi się pomóc.-dodała ciszej.
Chłopak wpatrywał się w nią dłuższą chwilę i to wywołało w niej masę uczuć. Od tych miłych, do tych złych. Jego oczy wyglądały jakby sprawdzały, czy nie zrobi nic złego, ale w końcu odwrócił wzrok.
-Dobranoc moja pani.-powiedział cicho i powili wyszedł, nic więcej nie mówiąc.
Wzieła głęboki wdech by się uspokoić i obracała fiolkę w dłoniach. Podniosła ją pod nos i odkęciła korek. Chciała wiedzieć co tam jest, a mogło być wiele. Jednak wszystko co poczuła to zioła stosowane w lekach na uspokojenie.
Biorąc się na odwagę wypiła cały płyn krzywiąc się. Ohyda. Przeszły jej ciarki po plecach.
Jednak po kilku minutach poczuła jak oczy jej się kleją i odpłynęła w krainę snów... Jednak nawet tam nie mogła znaleźć ukojenia...
W jej śnie pojawił się ten sam mężczyzna.... ten co chyba był Bogiem...
-Musimy porozmawiać...

Dalsza część jutro :)