Wszędzie panowała cisza. Jedynie ptaki śpiewały swoje pieśni i wiatr szeptał swoją opowieść. Las wydawał się być nadwyraz spokojny tego dnia. Jedynie jedna osoba w tym lesie była niespokojna...
Dziewczyna w dole mimo, że leżała bez ruchu, a jej oddech był miarowy w głowie miała chaos. W pierwszych chwilach swojego zadania, tak zadania mimo, że nadal miała opory by tak to nazwać, już udało jej się zrobić jakieś głupstwo. Nie miała pojęcia co teraz robić. Czekać, aż cokoliwiek, ktokolwiek się nad nią ulituje? To było takie beznadziejne. Nie wiedziała co robić. A już szczególnie, że kostka pulsowała irytującym bólem. Po jej twarzy zaczęły skapywać łzy i powoli spadały na zimny kamień pod nią. Czuła się tak jakby ktoś robił jej na złość za jej dziecięce postępowania i brak zaufania. Jednak jaki realnie myślący człowiek dałby sobie wmówić coś takiego? Jasne, teraz była tutaj, wiedziała, że tu jest, ale nadal miała nadzieję, iż to wszystko jest tylko głupim snem albo i żartem.
Dziewczyna powoli usiadła i prawie od razu zakręciło jej się w głowie. Podciągnęła nogi pod brodę i schowała głowę między kolana. Skądś wiedziała, że to chociaż odrobinę pomoże i rzeczywiście, po może minucie czuła się już dużo lepiej niż jeszcze przed paroma sekundami. Uniosła wzrok na błękitne niebo teraz trochę zasłonięte przez liście i gałęzie drzew, ale to czyste niebo dawało jej nadzieję, że zaraz stąd wyjdzie, że uda jej się być bezpieczną gdzieś tu w tym miejscu. Bezradnie wyciągnęła dłoń w stronę aksamitnego błękitu sama nie wiedząc dlaczego. Chciała być gdzieś gdzie czułaby się bezpieczna i kochana...
Nie wiedząc czemu poczuła w sobie determinację. Ból kostki miał ją powstrzymać przed wyjściem stąd? Nigdy. Nie możesię poddać, nie może być cholerną beksą i mazgajem. Złapała za jakąś wyglądającą solidnie gałąź i powoli się podniosła mimo palącego bólu nogi. Wzięła głęboki wdech przyzwyczajając sie do tego. Musi dać sobie radę. Powoli się wspięła po glinianej, zaschniętej ścianie. Gdy pod łokciami poczuła trawę wzebrało się w niej uczucie zwycięstwa. Udało jej się. Dała sobie radę.
Wyczołgała się na grunt i usiadła by powolio wstać, a gdy już stanęła prosto obejrzała się po sobie i ze zdziwieniem spostrzegła, że nawet nie jest zbytnio brudna. Suknia była jedynie w kilku miejscach mokra, ale nie doznała większego uszczerbku. Uśmiechnęła się delikatnie. Zastanawiała się jeszcze nad swoim odbiciem. Szczerze, to przypuszczała, iż wygląda jak gówno. I to dużo bardziej niż zwykle.
Powoli utykając ruszyła przed siebie. Nadzieja. Prowadziła ją przed siebie nadzieja. Szła długo, ale nie prebyła zbyt wielkiego dystansu. W czasie może trzech godzin było to maksymalnie pięć kilometrów. A i tak to była ta bardziej optymistyczna wersja jej przypuszczeń.
W oddali usłyszała biegnące szybko konie. Ogarnął ją strach i zaczęła rozglądać się za kryjówką, ale w najlepszym wypadku mogła schować się za drzewem i tak też czyniła. Stała za najgrubszym konarem w tym miejscu.Po chwili dostrzegła powoli zatrzymujących sie tu prawdopodobnie rycerzy. Bo kto nosi ciężkie zbroje i miecze?
-Mówię ci Arthurze, że widziałem tu kogoś.-upierał się siedzący na czarnym koniu mężczyzna. Miał przyjemny głos. Wydawał się być wysoki i miał jasną karnację. A ubrany był w coś... czego ona nie nazwałaby normalnym ubraniem.
-To dlaczego tu nikogo nie ma barani łbie?-zapytał jeden z rycerzy, ten był blondynem i był dość przystojny. Głos miał podirytowany.
-Ten ktoś mógł się schować przed nami.-ten z ciemnymi włosami wzruszył ramionami.
-Przeszkukać teren-powiedział, jak sądziła Arthur.
Zaczęła się bać. Nie chciała by ją złapali. Powinna uciekać, ale przecież nie ma nawet dokąd. Zagryzła mocno wargę by nie wydać z siebie dźwięków. Jedyne co je pozostało, to wierzyć, że jej nie znajdą. Nadzieja umiera ostatnia... nawet jeśli jest też matką głupich.
Rycerze wchodzili coraz bardziej w las czyli dokładnie w jej kierunku. Zacisnęła mocno powieki i modliła się, nie wiedząc za bardzo o co dokładnie. Gdy poczuła dłoń na ustach i ramię obejmujące ją w tali wydała z siebie zagłuszony przez dłoń pisk. Teraz już nie chamowała swoich łez. Nawet nie próbowała się wyrywać. Bez trudu została podniesiona i ten ktoś trzymający ją kierował się do tej głównej drogi. Dopiero wtededy zaczęła się wyrywać, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu, jedynie to, że była trzymana mocniej. Nie otwarła nadal oczu.
-Puść ją Gwaine.-usłyszała głos tego co był nazwany Arthurem i po chwili stanęła na swoich nogach. Podniosła na niego przerażony wzrok cofnęła się o krok. Jednak nic to nie pomogło, gdyż uderzyła plecami o tors tego który ją tu wywlókł.
Skuliła się w sobie. Nie wiedziała co robić. Uciec nie może.
-Ktoś ty?-usłyszała po raz kolejny głos Arthura.
-F-Felicja.-wyszeptała ledwo słyszalnie i spuściła wzrok.-Poza tym jestem nikim sir.-dodała trochę mniej drżącym głosem. Ten zmarszczył brwi.
-Co tu robisz sama w lesie?-zapytał jeszcze ostrzej ten... Gwaine.
Poczuła coś... i sama nie wiedziała dlaczego zaczęła mówić.
-Moi rodzice... Oni zostali zabici.-wyszeptała zmuszona przez dziwną siłę.- Zanim nas napadli zbyt podejżliwy ojciec kazał mi uciekać i się schować. Zniszczyli i zabrali wszystko... Ukradkiem widziałam jak wrzucają ich w jezioro.-poczuła jak w jej piersi wzbiera się szloch i mocniej zacisnęła wargi. Dlaczego tak się działo? Spuściła wzrok.
-Już jesteś bezpieczna pani.-usłyszała jeszcze i wzebrało się zamieszanie.. Rycerze powsiadali na konie, a ona na siłę została wsadzona na konia blondyna. Był wystarczająco wysoki by spokojnie widzieć wszystko nad jej głową.
Siedziała spokojnie, mimo, że zdecydowanie chciałaby uciec jak najdalej...