sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 6

-...dlatego chcemy ci pomóc.-powiedziała królowa Gwen.
Czuła się onieśmielona tą rozmową. Wszystko szło dziwnie od samego jej początku. Arthur i Gwen poprosili by została w zamku jako ich gość, a za argumenty podali to, że nadal mam problemy z kostką no i że jestem młoda, że nie chcą by moje życie potoczyło się po prostu źle. Miała tu zostać, być traktowana jak księżniczka i nic nie dać za to w zamian. Czuła się dziwnie. Bardzo dziwnie. Według innych to byli jej rodzice... A wcale nie wydawali się być dużo starsi od niej.
-Zgadzasz się na to?-zapytał powoli młody król a ona spuściła wzrok. Poczuła rumieńce na policzkach nie bardzo wiedząc co mu odpowiedzieć. Odezwała się dopiero po chwili.
-Panie nie jestem pewna czy zasługuję na tak wielką łaskawość z waszej strony.-odparła cicho i spokojnym głosem
-Oczywiście, że tak!-powiedziała królowa pełnym dobroci głosem.-Tak śliczna, młoda i cnotliwa kobieta nie może zmarnować sobie życia. My tylko chcemy ci pomóc.-mówi z żarliwością i gorliwością. Tak naprawdę dziewczyna sądzi, że królowej po prostu brak przyjaciółki.
-Felicjo zastanów się nad tym.-spojrzała na chwilę w oczy Arthura i poczuła się dziwnie.
-Czy mogłabym udać się na spacer by wszystko przemyśleć?-zapytała uprzejmie patrząc po władcach spokojnie.
Zapanowała chwila milczenia. Małżeństwo spojrzało na siebie i wymienili znaczące spojrzenia.
-Nie chcielibyśmy by coś ci się stało na tym spacerze.-powiedziała cicho królowa, a dziewczyna zrozumiała. Boją się czy nie zrobi czegoś złego, głupiego i takie tam. Wydawało jej się to śmieszne, ale z ich punktu widzenia to miało sens. Nie znali jej zbyt dobrze, według nich straciła rodziców i mogła wydawać się trochę niestabilna psychicznie... A szczególnie jeśli Merlin powiedział o jej wczorajszym płaczu.
-Czyli nie ma takiej możliwości?-zapytała cichutkim głosem i sama się go przeraziła. Jej smutek był bardzo w nim widoczny, ale szybko przywróciła na twarz obojętny wyraz.
-Oczywiście, że jest!-powiedział pośpiesznie Arthur prawdopodobnie nie chcąc jej tutaj więzić.-Jednak wolelibyśmy byś nie wychodziła sama.-dodał łagodniej a ta mocno przygryzła wargę.
-W takim razie dziś chyba zrezygnuję.-spuściła wzrok na swoje dłonie splecione na kolanach i na chwilę zamknęła oczy. Miała nadzieję na chwilę samotności tak jak kocha i może na znalezienie sobie zajęcia na kilka dni... Mogłaby zająć się chemią i może trochę botaniką? To mogłoby być ciekawe. A może udałoby się jej zrobić farby? Może jakieś kartki prowizoryczne? Zrobić pędzel to nie problem. Westchnęła cicho.
-Na pewno? Bo to nie problem...-zaczęła królowa, ale widząc jej minę zamilkła.
-Jestem samotniczką Wasza Wysokość.-powiedziała cichym głosem i zgryzła wnętrze policzka.-Nie mam problemów z kontaktami międzyludzkimi, ale zdecydowanie wolę swoje własne towarzystwo. Bez urazy.-zarumieniła się i odwróciła wzrok. Traktowali ją naprawdę dobrze, ale ona nie szukała przyjaciół. Szczerze to byli jej rodzice i to było cholernie dziwne znaleźć się w takiej sytuacji.
Znowu zapanowało milczenie i w tym czasie podeszła służka i zabrała puste talerze i w ciągu krótkiej chwili stół przy którym siedzieli zrobił się pusty. Władcy wyglądali jakby niemo rozmawiali na spojrzenia i przez chwilę czuła się jakby przeszkadzała, bo widać było, że to dość intymne spojrzenia. Z jakimś głębszym sensem.
-Zależy ci na tym prawda?-westchnął król i spojrzał na nią jak ojciec na zbyt krnąbrne dziecko. Poczuła jeszcze większy rumieniec na policzkach i przytaknęła.
-W takim razie idź... Ale wróć przed zmrokiem.-powiedział blondyn o niebieskich oczach, a ta uśmiechnęła się szeroko.
-Dziękuję. Naprawdę. Będę na czas.-zapewniła wstając powoli i spojrzała na parkę wesoło.
Po chwili już szła korytarzem w stronę wyjścia z zamku, uśmiech nie schodził jej z twarzy. Będzie wolna. Chociaż na krótką chwilę będzie wolna. Szła przez miasto aż nie znalazła się na łące, w oddali widać było gęsty las. Skierowała tam swoje kroki, ale nie schodziła z dróżki. 
Gdy znalazła się w gęstwinie i objął ją częściowo mrok usiadła kawałek od drogi pod dużym dębem i zamknęła oczy.
Arthur i Gwen dali jej naprawdę przemiłą propozycję i grzechem byłoby z niej nie skorzystać, była tu tak naprawdę po to chyba, ale czuła się dziwnie wiedząc, że byłaby im zależna. Zawsze chciała być niezależna i mogła to utracić na jakiś czas.
Nie chodziło o to, że władcy Camelot chcieli czegoś od niej, ale jednak czułaby się zobowiązana gdyby ją o coś poprosili. Tu był problem. Przez to coraz bardziej by była też im wdzięczna, coraz bardziej by ich lubiła, a to nie jest zbyt dobre. Przywiązywanie się do ludzi może być bardzo bolesnym doświadczeniem i ona dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Potem gdyby np.wróciła do swoich czasów to tęskniła by za nimi... za rodzicami. To tego się bała. Nie chciała tracić nikogo więcej tak po prostu, nie chciała by jej serce po raz kolejny łamało się na tysiące kawałeczków i ona nie miałaby możliwości go poskładać w ten sam sposób jak już się jej raz udało. Strasznym było to jak szybko można pokochać... Gdyby trzymała się na uboczu... Gdzieś blisko, ale jednocześnie w ukryciu... jej serce i dusza byłyby bezpieczne, nie narażone na kolejne głębokie rany i roztrzaskanie się marzeń, pragnień i uczuć o lodowatą podłogę zła.
Rozejrzała się wokoło i położyła się na trawie. Patrzyła na niebo spowite przez chmury i liście drzew, jednak widok był cudowny. Nigdy nie miała okazji tak po prostu leżeć i odpoczywać. Nigdy nie mogła tak spokojnie pomyśleć. Zawsze w życiu jej i dziadka coś się działo... jednak zawsze wygrywali z przeciwnościami losu. I ona teraz też wygra z tym co kładzie jej pod nogi los. Zrobi to i wróci do swojego domu. Do domu pachnącego bezpieczeństwem...
Po jakimś czasie gdy leżenie i myślenie zaczęło jej się nudzić. Wstała więc i zaczęła zbierać niewielkie ilości ziół które znała. Po godzinie w swojej maleńkiej torbie miała melisę, rozmaryn, koniczynę, babkę lekarską, liście brzozy, gorzknik kanadyjski, kocimiętkę, mniszek lekarski, srebrnik pospolity, skrzyp i naprawdę dużo więcej. Uśmiechała się przy tym jak głupia, ale to było dla chemika czymś naprawdę ciekawym. Znała się na tym trochę, tylko tyle ile z lekcji i na 100% nie jest tak dobra jak Gajusz ale umie coś zrobić. Z tego co kiedyś czytała wiele ziół w jej czasach uznawanych za bardzo cenione tutaj uznawane były za truciznę. I szczerze to jeśli coś się źle przyrządzało to a i owszem. Jednak ona zebrała tylko takie rośliny co nie miała problemu z przyrządzeniem, a miały naprawdę ciekawe działania. Żadna z roślin zebranych przez nią nie była trująca, bo gdy je zbierała uważała by części złe po prostu zostawiać na miejscu. 
Gdy zadowolona szła do zamku dobry humor jej nie opuszczał. Ludzie spoglądali na nią ciekawi kim jest, ale żaden z nich nie odważył się podejść.
Ten dzień był dla niej dobry. Naprawdę. Niestety już się kończył... A ona była cholernie głodna i zmęczona...

niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 5 part 2

-Musimy porozmawiać...-powiedział pewnie.
Wpatrywała się w niego ogłupiałym spojrzeniem, nie wiedząc jak się zachować. Ostatnio zachowała się niegrzecznie, ale teraz nawet nie wiedziała co robić. Spuściła wzrok na ziemię. Znowu byli na tej polanie, ale tym razem była pewna, że to sen. Sen na lekach uspokajających.
-O czym?-zapytała w końcu powoli i cicho. Gdy mówiła piekło ją gardło. To dziwne uczucie zaczęło się nasilać.
-O tobie.-powiedział mężczyna siadając na ziemi i pokazał jej miejsce obok siebie ze stoickim spokojem. Nie pozostawił jej wielkiego wyboru więc usiadła po turecku cicho wzdychając. Poczuła się jak małe dziecko przy nim.
-Co znaczy, że o mnie?-zapytała cichutko onieśmielona. W jej głowie pojawiły się najróżnniejsze czarne scenariusze. Czy chce jej powiedzieć, że nigdy nie wróci do domu? Że pozostanie tu do końca swojego marnego życia? Że nie zobaczy więcej dziadka...? Ogarnęła ją panika, a w oczach pojawiły się łzy, ale szybko je odgoniła. Nie ma czasu na płacz w tym momencie.
-Nie musisz się bać.-powiedział człowiek siedzący obok i położył dłoń na jej dłoni.-Wszystko będzie dobrze, tylko musisz w to uwierzyć. Zobaczysz dziadka. I to nawet szybciej niż ci się wydaje.-jej towarzysz splótł ich palce i lekko ścisnął jej dłoń. Ten drobny gest sprawił, że poczuła się lepiej na duchu. Dał jej nadzieję, że nie jest tak całkiem sama, że ktoś będzie obok niej. Spojrzała najpierw na ich dłonie a potem na niego, a on posłał jej pokrzepiający uśmiech.-Będzie dobrze.-powtórzył spokojnie.
Wiedziona impulsem przytuliła się do niego zamykając oczy, a powiedzenie, że go zaskoczyła byłoby niedomówieniem, jednak po chwili została niezdarni objęta ramionami. Smutek przez to nie minął, ale mogła na chwilę poczuć się bezpieczna, chroniona przez kogoś.
-Długo tu będę?-zapytała cicho i pociągnęła noskiem. Nie ruszyła się z miejsca.
-Aż do Wielkiej Bitwy-usłyszała szept koło swojego ucha.- Czyli do zdrady jednego z rycerzy Arthura. Ale on jeszcze nie należy do jego armi.-powiedział bardzo cicho
-Oh.-westchnęła cicho i spuściła głowę.
Zapanowała cisza.Cisza idealna, przerywana jedynie oddechami, wiatrem i śpiewem ptaków.Jakże miły czas. Ile to trwało? Sama nie wiedziała. Straciła poczucie czasu w pewnym momencie.
-Zaufaj Merlinowi... on może być pomocny.-usłyszała jeszcze jak przez mgłę.
Gwałtownie usiadła. Zamrugała oczami i spostrzegła, że znowu jest w komnacie, w łóżku i z bandarzem na nodze.
Spojrzała za okno i westchnęła dostrzegając, że słońce dopiero wschodzi. Jednak niebo miało piękny kolor fioletu, czerwieni i pomarańczu. Mimo bolącej kostki zerwała się z miejsca i stanęła przy szybie obserwując ten cud natury. Musiała przyznać, że widok był bardziej imponujący niż kiedykolwiek w nowoczesnym świecie.Zamknęła oczy i zaczęła rozkoszować się promykami słońca na twarzy.
Uśmiechnęła się delikatnie, bo to uczucie było zdecydowanie cudowne.
Stała tak chwilę, jednak szybko się ogarnęła.Wczoraj została zmuszona do kąpieli, więc bez problemu może się ubrać. Jej suknia została wyprana i powieszona na oparciu jednego z krzeseł przed maleńką toaletką, na której leżały rzeczy takie jak szczotka i wstążki. Nie pamiętała by wczoraj to tu było, ale może ktoś to przyniósł gdy spała.
Trochę niezdarnie ubrała się w swoją wczorajszą sukienkę i odkryła, że nawet przyjemnie pachnie. Kwiatami. Zaciągnęła się tym zapachem i to było miłe zaskoczenie. Ostrożnie usiadła przed toaletką i zaczęła rozczesywać swoje loki. Szło to trochę opornie, ale w końcu się udało,że każdy z nich idealnie opadał na jej plecy pilnowany by nie opadał jej na twarz dwoma francuzami spiętymi z tyłu. Była to dziewczęca fryzura i uznała, że może być. Spoglądała na siebie w krystalicznie czystym lustrze.
Czy to rzeczywiście była ona? A może jej cień zniszczony przez świat? Sama już nie wiedziała.
Usłyszała pukanie do drzwi i chwilę po tym stanęła przed nią młoda dziewczyna w szaro-brązowej sukience.Wyglądała na zaskoczoną.
-To panienka już nie śpi?-zapytała chyba nie panując nad słowami.
-No jak widać nie.-uśmiechnęła się do niej nieśmiało, na co na policzkach dziewczyny pojawił  się rumieniec.-Dzień dobry.-dodała uśmiechają się trochę szerzej.
-Król wraz z kroląwą chcą panienkę widzieć. -powiedziała cichutko. -I wysłali mnie bym panience pomogła przyjść do sali tronowej.-skłoniła się lekko zdenerwowana.-Czekają ze śniadaniem.
Czyli normalne życie czas zacząć...

sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział 5 part 1

Jechali długo. Podróż ciągnęła się i ciągnęła, bolał ją tyłek, tak samo kostka. Była zła i nawet to, że rycerze robili z siebie błaznów i idiotów nie pomagało jej opanować rosnącej irytacji. Gbyby chociaż miała na sobie spodnie to ta przejażdżka dawałaby jej jakąś przyjemność, ale nie! Musiała wylądować w średniowieczu z jakimś cholernie głupim zadaniem. Miała sprawić, by jej domniemany ojciec nie popełnił największego błędu w swoim życiu. Cała ta sytuacja była dla niej po prostu komiczna i nie wiedziała jak mniałoby się to udać. To, że jechała na jednym koniu ze swoim ojcem, który nie wie nawet o jej istnieniu, nic nie zmieniało! Nie chciała kiedyś tam udawać księżniczki. Fuuuj.
Mimo swojej niecierpliwości i irytacji odpowiadała mężczyznom gdy ci do niej mówili, ale nic poza tym. Nie miała obowiązku samodzielnie podtrzymywać rozmowy.Najczęściej oni żartowali sobie z jak wywnioskowała ze służącego, co wydawał się być ich przyjacielem.Chłopak nazywał się Merlin i miał śmieszne uszy. Takie duże i odstające. Za to miał przyjemny uśmiech i grzywka tak uroczo opadała mu na czoło. Gdy zorientowała się o czym myśli poczuła zdradliwy rumieniec na policzkach i spuściła wzrok speszona.
Nie powinna tak myśleć. Prawdopodobnie o nikim. I prawdopodobnie nigdy.
Westchnęła cicho i zauważyła, że młody któl jej się przygląda na co zarumieniła się bardziej. Zaraz po tym usłyszała ciche chichoty. Spuściła głowę niżej i tym razem loki zakryły jej policzki. Zamknęła oczy i przez resztę czasu już się nie odzywała.
Pogrążona w swoich myślach nie zauważyła gdy wjechali do miasta tuż przed zmrokiem. Przestała słyszeć wesołe rozmowy.Pozwoliła sobie marzyć... i zatęsknić za dziadkiem. Za swoim pokojem w którym zawsze pachniało kawą i herbatą, trochę owocami. Straciła wszystko co kochała. To akurat nie było kłamstwem.
Na dziedzińcu się zatrzymali a rycerze zeskakiwali ze swoich koni. Arthur podał jej dłoń gdy w sukni przerzucała nogę na drugą stonę a po tym pomógł jej z konia zejść jak prawdziwy dżentelmen. To było miłe, ale nie mogłaby się do tego przyzwyczaić.
-Dziękuję.-powiedziała cichutko i posłała mężczyźnie nieśmiały uśmiech, który ten pewnie odwzajemnił.
-Trzeba cię zabrać do Gajusa by zobaczył czy nic ci nie jest, w tym czasie ktoś przygotuje dla ciebie pokój i kolację.-powiedział uprzejmie i podał je ramię, które niepewnie ujęła.Jak się okazało było to jak zbawienie bo ledwo szła z jego pomocą.
To będzie trudny wieczór...

Po może dwóch godzinach znalała się w dziwnym pokoju, miała na soobie jakąś dziwną koszulę nocną która ją drapała. Nogę miała owiniętą bandażem i pod spodem czymś wysmarowaną. Gajus ją trochę przerażał,sprawiał wrażenie, jakby patrzył prosto w duszę człowieka. To było straszne.
Upadła na miękkie łóżko.
-Chcę wrócić do domu...-wyszeptała cicho. Czując łzy na policzkach wsunęła się pod kołdrę i zaczęła szlochać. Dławiła się łzami i trzęsła się. Przed oczami miała obraz domu i dziadka. Potrzebowała go. Potrzebowała bezpieczeństwa, którego tutaj nie czuła...
Gdy usłyszała pukanie do drzwi siadła gwałtownie i otarła mokrą twarz. Wypowiedziała ciche "proszę" i w drzwiach ujrzała spokojną twarz o dziwo...Merlina.Ten wszedł do środka z uśmiechem, ale gdy zobaczył jej zaczerwienione oczy jego twarz przybrała współczujący i rozumiejący wyraz twarzy. Widać też było u niego zmartwienie.
-Mam dla ciebie coś co pomoże ci zasnąć.-powiedział łagodnie i podał jej fiolkę z jakąś miksturą.-Mogę jakoś pomóc?-spytał cicho a ona nie wiedziała co powiedzieć.
-J-ja...Dziękuje. -pociągnęła noskiem i uśmiechnęła się słabo-I raczej nie da mi się pomóc.-dodała ciszej.
Chłopak wpatrywał się w nią dłuższą chwilę i to wywołało w niej masę uczuć. Od tych miłych, do tych złych. Jego oczy wyglądały jakby sprawdzały, czy nie zrobi nic złego, ale w końcu odwrócił wzrok.
-Dobranoc moja pani.-powiedział cicho i powili wyszedł, nic więcej nie mówiąc.
Wzieła głęboki wdech by się uspokoić i obracała fiolkę w dłoniach. Podniosła ją pod nos i odkęciła korek. Chciała wiedzieć co tam jest, a mogło być wiele. Jednak wszystko co poczuła to zioła stosowane w lekach na uspokojenie.
Biorąc się na odwagę wypiła cały płyn krzywiąc się. Ohyda. Przeszły jej ciarki po plecach.
Jednak po kilku minutach poczuła jak oczy jej się kleją i odpłynęła w krainę snów... Jednak nawet tam nie mogła znaleźć ukojenia...
W jej śnie pojawił się ten sam mężczyzna.... ten co chyba był Bogiem...
-Musimy porozmawiać...

Dalsza część jutro :) 

środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 4

Wszędzie panowała cisza. Jedynie ptaki śpiewały swoje pieśni i wiatr szeptał swoją opowieść. Las wydawał się być nadwyraz spokojny tego dnia. Jedynie jedna osoba w tym lesie była niespokojna...
Dziewczyna w dole mimo, że leżała bez ruchu, a jej oddech był miarowy w głowie miała chaos. W pierwszych chwilach swojego zadania, tak zadania mimo, że nadal miała opory by tak to nazwać, już udało jej się zrobić jakieś głupstwo. Nie miała pojęcia co teraz robić.  Czekać, aż cokoliwiek, ktokolwiek się nad nią ulituje? To było takie beznadziejne. Nie wiedziała co robić. A już szczególnie, że kostka pulsowała irytującym bólem. Po jej twarzy zaczęły skapywać łzy i powoli spadały na zimny kamień pod nią. Czuła się tak jakby ktoś robił jej na złość za jej dziecięce postępowania i brak zaufania. Jednak jaki realnie myślący człowiek dałby sobie wmówić coś takiego? Jasne, teraz była tutaj, wiedziała, że tu jest, ale nadal miała nadzieję, iż to wszystko jest tylko głupim snem albo i żartem.
Dziewczyna powoli usiadła i prawie od razu zakręciło jej się w głowie. Podciągnęła nogi pod brodę i schowała głowę między kolana. Skądś wiedziała, że to chociaż odrobinę  pomoże i rzeczywiście, po może minucie czuła się już dużo lepiej niż jeszcze przed paroma sekundami. Uniosła wzrok na błękitne niebo teraz trochę zasłonięte przez liście i gałęzie drzew, ale to czyste niebo dawało jej nadzieję, że zaraz stąd wyjdzie, że uda jej się być bezpieczną gdzieś tu w tym miejscu. Bezradnie wyciągnęła dłoń w stronę aksamitnego błękitu sama nie wiedząc dlaczego. Chciała być gdzieś gdzie czułaby się bezpieczna i kochana...
Nie wiedząc czemu poczuła w sobie determinację. Ból kostki miał ją powstrzymać przed wyjściem stąd? Nigdy. Nie możesię poddać, nie może być cholerną beksą i mazgajem. Złapała za jakąś wyglądającą solidnie gałąź i powoli się podniosła  mimo palącego bólu nogi. Wzięła głęboki wdech przyzwyczajając sie do tego. Musi dać sobie radę. Powoli się wspięła po glinianej, zaschniętej ścianie. Gdy pod łokciami poczuła trawę wzebrało się w niej uczucie zwycięstwa. Udało jej się. Dała sobie radę.
Wyczołgała się na grunt i usiadła by powolio wstać, a gdy już stanęła prosto obejrzała się po sobie i ze zdziwieniem spostrzegła, że nawet nie jest zbytnio brudna. Suknia była jedynie w kilku miejscach mokra, ale nie doznała większego uszczerbku. Uśmiechnęła się delikatnie. Zastanawiała się jeszcze nad swoim odbiciem. Szczerze, to przypuszczała, iż wygląda jak gówno. I to dużo bardziej niż zwykle. 
Powoli utykając ruszyła przed siebie. Nadzieja. Prowadziła ją przed siebie nadzieja. Szła długo, ale nie prebyła zbyt wielkiego dystansu. W czasie może trzech godzin było to maksymalnie pięć kilometrów. A i tak to była ta bardziej optymistyczna wersja jej przypuszczeń.
W oddali usłyszała biegnące szybko konie. Ogarnął ją strach i zaczęła rozglądać się za kryjówką, ale w najlepszym wypadku mogła schować się za drzewem i tak też czyniła. Stała za najgrubszym konarem w tym miejscu.Po chwili dostrzegła powoli zatrzymujących sie tu prawdopodobnie rycerzy. Bo kto nosi ciężkie zbroje i miecze?
-Mówię ci Arthurze, że widziałem tu kogoś.-upierał się siedzący na czarnym koniu mężczyzna. Miał przyjemny głos. Wydawał się być wysoki i miał jasną karnację. A ubrany był w coś... czego  ona nie nazwałaby normalnym ubraniem.
-To dlaczego tu nikogo nie ma barani łbie?-zapytał jeden z rycerzy, ten był blondynem i był dość przystojny. Głos miał podirytowany.
-Ten ktoś mógł się schować przed nami.-ten z ciemnymi włosami wzruszył ramionami.
-Przeszkukać teren-powiedział, jak sądziła Arthur.
Zaczęła się bać. Nie chciała by ją złapali. Powinna uciekać, ale przecież nie ma nawet dokąd. Zagryzła mocno wargę by nie wydać z siebie dźwięków. Jedyne co je pozostało, to wierzyć, że jej nie znajdą. Nadzieja umiera ostatnia... nawet jeśli jest też matką głupich.
Rycerze wchodzili coraz bardziej w las czyli dokładnie w jej kierunku. Zacisnęła mocno powieki i modliła się, nie wiedząc za bardzo o co dokładnie. Gdy poczuła dłoń na ustach i ramię obejmujące ją w tali wydała z siebie zagłuszony przez dłoń pisk. Teraz już nie chamowała swoich łez. Nawet nie próbowała się wyrywać. Bez trudu została podniesiona i ten ktoś trzymający ją kierował się do tej głównej drogi. Dopiero wtededy zaczęła się wyrywać, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu, jedynie to, że była trzymana mocniej. Nie otwarła nadal oczu.
-Puść ją Gwaine.-usłyszała głos tego co był nazwany Arthurem i po chwili stanęła na swoich nogach. Podniosła na niego przerażony wzrok cofnęła się o krok. Jednak nic to nie pomogło, gdyż uderzyła plecami o tors tego który ją tu wywlókł.
Skuliła się w sobie. Nie wiedziała co robić. Uciec nie może.
-Ktoś ty?-usłyszała po raz kolejny głos Arthura.
-F-Felicja.-wyszeptała ledwo słyszalnie i spuściła wzrok.-Poza tym jestem nikim sir.-dodała trochę mniej drżącym głosem. Ten zmarszczył brwi.
-Co tu robisz sama w lesie?-zapytał jeszcze ostrzej ten... Gwaine.
Poczuła coś... i sama nie wiedziała dlaczego zaczęła mówić.
-Moi rodzice... Oni zostali zabici.-wyszeptała zmuszona przez dziwną siłę.- Zanim nas napadli zbyt podejżliwy ojciec kazał mi uciekać i się schować. Zniszczyli i zabrali wszystko... Ukradkiem widziałam jak wrzucają ich w jezioro.-poczuła jak w jej piersi  wzbiera się szloch i mocniej zacisnęła wargi. Dlaczego tak się działo? Spuściła wzrok.
-Już jesteś bezpieczna pani.-usłyszała jeszcze i wzebrało się zamieszanie.. Rycerze powsiadali na konie, a ona na siłę została wsadzona na konia blondyna. Był wystarczająco wysoki by spokojnie widzieć wszystko nad jej głową.
Siedziała spokojnie, mimo, że zdecydowanie chciałaby uciec jak najdalej...

czwartek, 27 listopada 2014

Rozdział 3

Schowana pod kołdrą w swoim pokoju myślała o tym wszystkim czego się dowiedziała. Szarpały nią emocje i czuła się dziwnie na myśl,że miałaby wykonywać czyjeś polecenia, przestrzegać reguł i zasad. Nienawidziła przestrzegać zasad, słuchać się kogoś innego.  Zawsze sama podejmowała decyzje i zdecydowanie chciała  by tak zostało. Czuła się przez to wolna i samodzielna. Jednak chyba nie miała wyboru prawda? Wydaje się to takie nierealne.
Wtuliła się  mocniej w poduszkę i zamknęła oczy. Najgorsze było to, że została okłamana. Całe jej życie było zbudowane na kłamstwie i to ją najbardziej przerażało w tym wszystkim. Nienawidziła kłamstwa. A dziadek... Nie wspominając o rodzicach którzy musieli coś na ten temat niedzieć... Czuła się zraniona i sama nie wiedziała co z tym zrobić by jej serce nie krwawiło tak mocno i boleśnie. Westchnęła cicho w poduszkę.
Co miała zrobić w tak głupiej sytuacji? Przecież nie była ani wielkim aniołem, nie znała się jak to określił dziadek na magii czy alchemii. Chociaż z tym drugim to nawet by polemizowała, bo miała podstawy alchemii jako obowiązkowy przedmiot do matury i potrafiła wiele z dziedziny chemii, wiedziała jak samej stwożyć różnorakie leki, chemikalia żrące i dezynfekujące. Gdy powiedziała to dziadkowi ten tylko uśmiechnął się i powiedział
-No to przecież dasz sobie radę, prawda?
Szczerze to chciała mu wygarnąć co o tym myśli, ale niestety, albo nawet stety, została wychowana tak by tego nie robić. Zastanawiała się też jak miała by znaleźć się  w czasach arturiańskich, bo niestety-nie wierzyła, że jest to możliwe. Cała ta sytuacja wydawała się jej infantylna i w sercu żywiła nadzieję na to, iż szybko okaże się, iż to wszystko jest snem, lub jakimś niezbyt udanym żartem. Westchnęła kolejny raz. Kolejny raz w życiu była bezsilna...
Nawet nie wiedziała kiedy usnęła...

Na trawie po środku jasnej polanki leżała śpiąca dziewczyna, a promienie słońca padały na jej jasne policzki, włosy były rozrzucone po trawie i kwiatach wokoło. Leżała kilka kroków od maleńkiego jeziorka. Gdyby ktoś stanął  na skraju polany zdecydowanie by uznał, że widok jest bajkowy. Wszędzie kolorowe kwiaty, jasne i czyste jeziorko, zielona, soczysta trawa, słońce świecące jasno dodawało uroku wielkim drzewom, w tym miejscu gęsto rosnących. Przez taki układ drzew polana była ukryta przed wścibskimi oczami innych ludzi. Dziewczyna na trawie poruszyła się niespokojnie.
Gwałtownie usiadła i zaczęła się rozglądać. Zupełnie nie wiedziała gdzie jest, ani co tu robi. Zaczął ją powoli ogarniać strach i panika. Wstała powoli i spostrzegła, że jest zupełnie inaczej ubrana niż w momencie gdy zasypiała.Ktoś ją przebrał?
Miała na sobie długą i prawdopodobnie jedwabną suknię w kolorze szmaragdu przeszywaną srebrnymi nićmi. Sukienka była śliczna, ale ona nienawidziła sukienek.Obróciła się dookoła kilka razy wpatrując się w fałdy sukni obracające się w jeden z najcudowniejszych sposobów na świecie. Jednak najbardziej przyciągnął jej uwagę ciekawy wzór na jej delolcie.
Delikatną srebrno-białą nitką na jej piersiach wyszyto duże skrzydła i były one podobne kształtem do tych dziadka. Wpatrywała się w to trochę zmieszana. Ktoś ją przebrał więc musiał ją widzieć nago...
-Akurat tym się przejmujesz?-usłyszała łagodny i spokojny głos za sobą więc szybko się odwróciła w tamtą stronę.
-O czym ty mówisz?-zapytała stojącego przed nią mężczyznę. Wyglądał on łagodnie i dostojnie zarazem, trochę się skuliła w sobie pod naporem jego spojrzenia.
-Oh dziecko, twój dziadek ci przecież powiedział, mimo twojego braku zaufania masz swoje zadanie.-ten uśmiechnął się do niej w taki sposób, iż poczyła się po prostu głupio i dziecinnie.-Musisz sprawić by twój biologiczy ojciec nie popełnił tego błędu i by to się nie skończyło jego śmiercią...
-Ale ja nie wiem co mam robić!-powiedziała odrobinę przerażona... i zirytowana. Spuściła wzrok na trawę i pociągnęła nosem.
-Jesteś mądra i prawdziwa...-poczuła dłoń na swoim ramieniu i podniosła na niego wzrok.-Masz w sobie magię która była zamknięta w twoim sercu które otoczyłaś murem. Nie dopuszczasz do siebie nikogo dziecko...-rumieniec wpłynął na jej lica na te słowa. Czuła się tak cholernie głupio...-jednak tylko ty możesz to zrobić. To twoje przeznaczenie.
-Jak? Ja nawet nie znam tej magii, nie wiem co robić... Nie wiem czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze jego...-odwróciła wzrok mając na myśli oczywiście dziadka.
-Jesteś nieśmiertelna, jesteś moim Teraźniejszym Archaniołem-powiedział mężczyzna dostojnie i poczuła na sobie jego uważne, poważne spojrzenie.-Tu masz swoje przeznaczenie. Tu czeka cię szczęście i twoja rodzina. A jego przecież spotkasz. Jestem tego pewien.-dzięki tym kilku zdaniom poczuła się odrobinę lepiej. Jednak zrodziły się w niej kolejne pytania.
-Teraźniejszym Archaniołem?-wyszeptała cichutko, mimo, iż chciała by jej głos brzmiał pewnie.Jak zawsze jej się to nie udało.
-Wszystkie pytania znajdą odpowiedź w swoim czasie... Powinnaś wyruszyć do Camelotu.-spuściła wzrok i mocno przygryzła wargę. Była naukowcem do cholery, nie lubiła niewiedzy. Jednak gdy ten wskazał jej stronę bez słowa ruszyła tam.
Nie obchodziło jej, że jest niemiła i nie okazała szacunku. Przecież nie pisała się na to. Chciała jedynie spokoju, ciepłego kocyka i herbaty. Czy prosiła o tak wiele?
Szła spokojnie jak się okazało ścieżką  przed siebie, a wszędzie był las, liście, krzewy, jakieś zielsko, pająki, robaki i wilgoć. Do tego zaczynały ją boleć stopy. Dlaczego nie zostawili jej jakiś adidasów, trampek, glanów czy nawet zwykłych balerinek? Te buty co miała na nogach były skórzane i stasznie ją obcierały, były też niewygodne i czuła pod stopami każdy kamyk i każdą gałązkę.
W pewnym momencie marszu poczuła pod sobą dół i nawet nie zorientowała się kiedy wpadła do wielkiej dziury w ziemii.  Wylądowała tak źle, iż poczuła wielki ból w kostce i nie mogła się podnieść, wspiąć się i wstać.
Z bezradności rozpłakała się wołając o pomoc, ale po kilku godzinach gdy już zapadał  zmork drżała z zimna, powietrze ją wychładzało, a gardło bolało od krzyków. Cichutko łkając osunęła się na ziemię i nie wiedziała nawet kiedy po prostu odpłynęła... 

niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 2

-Jesteś już na tyle duża by dowiedzieć się wszystkiego dziecko-powiedział spokojnie dziadek i odłożył koperty na stół, pochylił się w jej stronę i popatrzył jej prosto w oczy.-Powinnaś wiedzieć kim byli twoi prawdziwi rodzice, kim ty jesteś.-położył jej dłoń na kolanie, ale ta odsunęła się od niego nic nie rozumiejąc.
Nie wierzyła dziadkowi. Co on wygaduje? Przecież jej matka ją urodziła, przecież jest do niej podobna, przecież... Poczuła łzy w oczach i pewnie gdyby nie to, że siedziała upadłaby na ziemię bezwładnie jak lalka. Nie wierzyła w to... Jednak dziadek spokojnie wstał i spojrzał na nią tym wzrokiem pełym troski i uczucia, dzięki czemu poczuła się spokojna. Zamknęła na chwilę oczy i poczuła dłoń dzuadka na ramieniu, przez co spojrzała na niego oczami pełnymi łez.
-Nigdy nie byłem normalny kochanie. Dawno temu, dawniej niż możesz nawet pomyśleć, ba!  Dawniej niż twój umysł może to ogarnąć byłem głupi, bardzo głupi. Zrezygnowałem z wszystkiego na rzecz kobiety. Zostawiłem wielki majątek, rodzinę i przyjaciół mimo, że wiedziałem, iż nie będzie dla mnie powrotu. Jednak miłość do niej była tak wielka, że nie mogłem się jej oprzeć-tu zatrzymał swoją opowieść a ta wpatrywała się w niego z oczekiwaniem. Nie bardzo rozumiała to, co mężczyna chciał jej przekazać.-Kochałem ją ponad życie, kochałem ponad wszystko i mogłem zrobić każdą głupotę tylko po to by ta była zadowolona, by ta się uśmiechnęła lub zaśmiała. Była słodka jak miód, ale jednocześnie była przebiegłą manipulantką. Nie wiem do dziś dlaczego ją kochałem, jak mogłem zakochać się w takiej kobiecie jak głupiec i idiota, ale dziś wiem, że ta miłość mnie ogłupiła. Jednak gdy zaszła w ciążę, pokochałem nienarodzone jeszcze dziecko. Zrobiłbym wszystko by moje dziecko było szczęśliwe i miało co tylko by zapragnęło. Jednak Bóg miał inne plany-przyglądała się dziadkowi, gdy po chwili ten się odsunął od niej i gdy usłyszała dźwięk rozrywanego materiału nie wiedziała co się dzieje. Zobaczyła duże, czarno-złote skrzydła wyrastające z pleców kogoś kto przez wiele lat był jej jedyną podporą.
-Zabrał mi syna, zabrał go bezprawnie i oddał w ręce jednego z królów i jego żonie. Byłem wściekły, nie dość, że upadłem przez kobietę, to zabrano mi jedyną istotę którą mogłem pokochać.-powiedział zanim ta zdążyła się odezwać.-Jednak nie próbowałem go zabierać siłą. Skoro On tak chciał, tak musiło być.-tu dziadek spuścił głowę w dół i westchnął ciężko.-Mój syn miał syna.  Nazał go Arthur. Obserwowałem ich obu z daleka, tylko tyle mogłem zrobić by zaspokoić swoje głupie ego. W tamtych czasach było to banalnie proste, a już szczególnie przez to kim jestem. Jednak... Historia potoczyła się zupełnie inaczej niż ktokowiek mogło się komukolwiek wyobrażać...-ucichł i usiadł na swoim wcześniejszym miejscu nie chowając skrzydeł.
-Co to wszystko ma wspólnego ze mną?-wyszeptała dziewczyna cichutko i spojrzała w oczy temu... upadłemu aniołowi. Bo chyba był upadłym aniołem, prawda?
Dziadek milczał dłuższą chwilę, a ta zaczynała się niecierpliwić w środku. Była zła, zirytowana, źle się czuła i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Dlaczego on jej to mówi? Wywołał w niej tylko jeszcze większe uczucia niż wcześniej w sobie kotłowała.
-Jesteś córką Arthura.-powiedział powoli.-Jesteś córką kogoś kto żył prawie piętnaście wieków temu.-ten parsknął śmiechem a ona zrozumiała, że dziadek tak tylko z niej żartuje. Że to jego głupi żart i wybuchnęła głośnym śmiechem.
-Dziadku, naprawdę nie musisz sobie ze mnie żartować, odepnij to i po prostu spędźmy ten dzień w zwykły sposób-powiedziała śmiejąc się dziewczyna.
Mina dziadka nagle  stała się poważna i pokazał jej miejsce tuż obok siebie a ta usiadła tuż obok spełniając tą prośbę. Mężczyna ujął jej dłoń i położył na skrzydle.
Pierwszym co poczuła było ciepło i miękka faktura ciemnych piór.Były tak gładkie w dotyku i szczerze poczuła chęć wtulenia się w nie jak w przytulankę, jak w misia pluszowego i one były tak cudowne... Kolejne co poczuła to to, że delikatnie się poruszają, a gdy delikatnie rozchyliła piórka zobaczyła skórę na której widoczne były żyły i tętnice, a w nich o dziwo płynęła krew i o Boże. Czuła pulsującą krew i delikatnie napinające się mięśnie. To... To były prawdziwe, wielkie i mroczne skrzydła. Prawdziwe, jak u anioła, prawdziwego anioła... Ale to przeczyło wszelkiemu rozsądkowi.
-Oh.-wyksztusiła oszołomiona. To niemożliwe... Nie jest to możliwe.
-Jesteś córką króla Arthuta-powiedział cichutko.-Wiele lat byłaś zamknięta w Jaskini Czystej Magii przez co pozostałaś niemowlakiem po tym jak Gwen... Po tym jak cię urodziła. Magia cię chroniła i opiekowała się tobą, wlewała się w ciebie... A po tym jak umarła córka Marka i Camillie, a ja cię znalazłem... Pomyślałem, że przecież można udawać, że jesteś ich córką, że mogą cię wychować...-wyszeptał cichutko i po jego policzku spłynęła łza.
Dlaczego on płacze? Przecież... Przecież nie warto płakać w tym życiu. Nie warto. Przytuliła go delikatnie wiedziona impulsem i nie wiedząc czemu sama też się rozpłakała. Płakała jak dziecko w ramionach dziadka i nawet nie wiedziała kiedy to się stało.
W jej głowie było tylko jedno zadanie, jedna myśl.
To nie może być prawdą.
To jest głupi żart, a może sen i ona zaraz się obudzi albo dziadek krzyknie, że żartował.Tak, tak będzie.
-Jednak ten na górze chce...-wyszeptał łamiącym się głosem.-...chce byś zmieniła bieg historii i ocaliła Arthura.Powiedział mi to...-poczuła łzy dziadka na ramieniu.
Nie. To nie jest kurwa prawda.
Prawda?

czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 1

 Ten dzień nie zapowiadał się szczęśliwie. Od samego rana lał zimny deszcz i wiał rwący wiatr. Ludzie kryjący się pod parasolami przechodzili mokrymi chodnikami spiesząc się do pracy, szkoły czy do innych ich zajęć. Na zatłoczonej ulicy każdy był poważny, nie ukazywał uczuć, nikt się nie uśmiechał ani nie śmiał. Słychać było tylko deszcz i stukot butów o chodnik, chlapanie kałuży. Nieprzyjemne zimno szczypało policzki i ziębiło palce. Wiatr rozwiewał zaschnięte liście czasami nawet dmuchając przechodniom w twarz nimi.
 Taka pogoda wywoływała w niej refleksje. Siadała na dachu swojego domu ubrana w gruby sweter, z szalikiem, w czapce i w rękawiczkach. Spuszczała nogi przez barierkę siadając na ziemi i ramiona opierała i zimny metal wpatrując  się przed siebie jasnymi oczami. Jej długie loki rozwiewał wiatr a deszcz ją moczył, ale zdawało się, że ona tego nie czuje, wyglądała jak rzeźba. Jej usta nie rozciągały się w szerokim uśmiechu a oczy  nie radowały. Po prostu tam siedziała wpartując się w ludzi przechodzących niedaleko i myślała. 
 Czasami żałowała, że jej życie się tak potoczyło. Szczerze to sama nie wie jak dotrwała do tego momentu w swojej histori. Wszystko w jej życiu było szaro-bure, smutne i po prostu złe. Kim ona tak naprawdę jest? Tak naprawdę nie ma nic. Nie ma przyjaciół ani nawet sympatycznych znajomych. Nie posiada chłopaka ani nawet koleżanki! Nie ma też zwierzaka. Jest prawie  sama w tym starym domu i chyba tylko to ją jeszcze trzyma w tym realnym życiu. Jest tu dziadek i to on rozświetla jej smutną i szarą codzienność.
 Jej dziadek jest żwawym człowiekiem dopiero po pięćdziesiątce, ma lekko siwiejące czarne włosy i duże zielone oczy-dokładnie takie jak jej. Mężczyzna jest wysoki, postawny i bije od niego siła, ale i jednocześnie jakaś czuła troska i miłóść, przez co przebywanie z nim jest czystą przyjemnością. Nazywa się Lucyfer i zawsze żartuje, sobie z tego. Prawie nigdy na jego twarzy nie gości smutek.
 Tak szczerze ona tylko dla niego zawsze starała się być kimś. Tylko on miał dla niej serce więc i ona odwdzięczała się mu wszyskim co mogła.  Niedawno skończyła szkołę z wynikami najlepszymi w szkole i on był z niej cholernie dumny. Dziewczyna w tym roku zrezygnowała z kontynuuowania nauki robiąc sobie rok przerwy, ale za rok wybiera się na uniwersytet zdobyć wykształcenie matematyczno-fizyczno-chemiczne. Od zawsze to kochała, od zawsze ta część nauczki jej się podobała i nie zmieniło się to od kilkunastu lat.
-Przemarzniesz.-usłyszała obok siebie głos i odwróciła się w stronę dziadka stojącego tuż za nią. Spoglądał na nią z troską i miłością, a ona dobrze wiedziała, że dziadek po prostu nie chce by ona była chora. W jej sercu rozlało się słodkie ciepło- czułość. Powoli wstała i posłała mężczyźnie uśmiech.
-Chodźmy więc do środka, dobrze?-spytała się go a ten ruszył do zejścia z dachu bez słowa, ona tak samo w ciszy poszła za nim bez ociągania się.
-Idź się przebrać słońce.-powiedział spokojnie i spojrzał na swoją wnuczkę.-Wysusz się i załuż coś ciepłego a ja zaparzę nam herbaty.-posłał jej uśmiech i ruszył na dół gdy dziewczyna skinęła głową i ruszyła korytaszem do swojego pokoju.
 Tam szybko zdjęła przemoczone ubrania i wrzuciła je do kosza na pranie w swojej łazience. Została w samej bieliźnie i spojrzała na siebie  niechętnie w lustrze. Patrzyła na swoją skórę na której widniało pełno różnorakich blizn.Skrzywiła się lekko. Na jej ciele widnieje jej hostoria i nie wstydzi się jej, ale nie lubi na to patrzeć. Nie czuje się dobrze patrząc na swoje ciało. Przejeżdża dłońmi po wyraźnie zaznaczonej talii i dojeżdża rękami na swoje biodra gdzie wystają jej trochę kości co zdecydowanie jej nie odpowiada. Dłonią przejeżdża po płaskim, ale nie za bardzo brzchu. Zdecydowanie powinna zrzucić kilka kilogramów w swoim odczuciu.
 Potem jej spojrzenie wędruje na wystające bardzo widocznie obojczyki, które też jej się nie podobają. Nie podobają się jej ramiona które są na tej samej szerokości co biodra. Nie podobają się jej swoje nieproporcjonalnie duże piersi do reszty. I przede wszytkim nie podoba jej się swój tyłek, który według niej jest zbyt odstający. Wzdycha głośno.
Nie lubi swojego wyglądu. Jednak spogląda na swoją twarz i widzi kobietę tak bardzo podobną do jej mamy a jednocześnie tak różną. Jej mama była kobietą piękną o lekko kwadratowej, ale jeszcze owalnej twarzy i ten atut odziedziczyła. Jednak nie lubiła swoich wiecznie zarumienionych policzków, ani lekko zadartego noska, nie lubiła zawsze wydętych różowych ust a najbardziej nienawidziła dołeczków w swoich  policzkach które uwydatniały się gdy zdażyło się jej uśmiechnąć co w jej przypadku było bardziej uniesieniem lecutko kącików ust.
Jedyną rzeczą jaką w sobie naprawdę lubiła to włosy. Długie sięgające jej prawie do pośladków fale układające się w cudowne loki w kolorze jasnego brązu, a może już cieemnego blondu. Odwróciła wzrok.
Nie jest to czas na analizowanie swojego wyglądu, powinna się ubrać. Ruszyła więc do szafy wcześniej porywając z kaloryfera ręcznik i idąc wycierała nim włosy, ale szybko odrzuciła ręcznik na biurko. Z szafy wyciągnęła szare spodnie dresowe i czarną lużną koszulkę. Nie musiała się nikomu podobać więc czemu miałaby się stroić? Szybko się przebrała a z szuflady wiciągnęła ciepłe skarpetki i szybko założyła je na stopy.
Spokojnie ruszyła na dół i zastała dziadka z herbatą w kubku. Siedział na kanapie przeglądając listy, otwarte i prawdopobnie przeczytane koperty leżały na stole. Tuż obok nich stał kubek z parującą herbartą. Uśmiechnęła się siadając na fotelu i wzięła kubek w dłonie.
-Powinniśmy poważnie porozmawiać dziecko...-powiedział poważnie dziadek a jej serce stanęło jakby oczekując najgorszego.
Co się mogło stać?