Schowana pod kołdrą w swoim pokoju myślała o tym wszystkim czego się dowiedziała. Szarpały nią emocje i czuła się dziwnie na myśl,że miałaby wykonywać czyjeś polecenia, przestrzegać reguł i zasad. Nienawidziła przestrzegać zasad, słuchać się kogoś innego. Zawsze sama podejmowała decyzje i zdecydowanie chciała by tak zostało. Czuła się przez to wolna i samodzielna. Jednak chyba nie miała wyboru prawda? Wydaje się to takie nierealne.
Wtuliła się mocniej w poduszkę i zamknęła oczy. Najgorsze było to, że została okłamana. Całe jej życie było zbudowane na kłamstwie i to ją najbardziej przerażało w tym wszystkim. Nienawidziła kłamstwa. A dziadek... Nie wspominając o rodzicach którzy musieli coś na ten temat niedzieć... Czuła się zraniona i sama nie wiedziała co z tym zrobić by jej serce nie krwawiło tak mocno i boleśnie. Westchnęła cicho w poduszkę.
Co miała zrobić w tak głupiej sytuacji? Przecież nie była ani wielkim aniołem, nie znała się jak to określił dziadek na magii czy alchemii. Chociaż z tym drugim to nawet by polemizowała, bo miała podstawy alchemii jako obowiązkowy przedmiot do matury i potrafiła wiele z dziedziny chemii, wiedziała jak samej stwożyć różnorakie leki, chemikalia żrące i dezynfekujące. Gdy powiedziała to dziadkowi ten tylko uśmiechnął się i powiedział
-No to przecież dasz sobie radę, prawda?
Szczerze to chciała mu wygarnąć co o tym myśli, ale niestety, albo nawet stety, została wychowana tak by tego nie robić. Zastanawiała się też jak miała by znaleźć się w czasach arturiańskich, bo niestety-nie wierzyła, że jest to możliwe. Cała ta sytuacja wydawała się jej infantylna i w sercu żywiła nadzieję na to, iż szybko okaże się, iż to wszystko jest snem, lub jakimś niezbyt udanym żartem. Westchnęła kolejny raz. Kolejny raz w życiu była bezsilna...
Nawet nie wiedziała kiedy usnęła...
Wtuliła się mocniej w poduszkę i zamknęła oczy. Najgorsze było to, że została okłamana. Całe jej życie było zbudowane na kłamstwie i to ją najbardziej przerażało w tym wszystkim. Nienawidziła kłamstwa. A dziadek... Nie wspominając o rodzicach którzy musieli coś na ten temat niedzieć... Czuła się zraniona i sama nie wiedziała co z tym zrobić by jej serce nie krwawiło tak mocno i boleśnie. Westchnęła cicho w poduszkę.
Co miała zrobić w tak głupiej sytuacji? Przecież nie była ani wielkim aniołem, nie znała się jak to określił dziadek na magii czy alchemii. Chociaż z tym drugim to nawet by polemizowała, bo miała podstawy alchemii jako obowiązkowy przedmiot do matury i potrafiła wiele z dziedziny chemii, wiedziała jak samej stwożyć różnorakie leki, chemikalia żrące i dezynfekujące. Gdy powiedziała to dziadkowi ten tylko uśmiechnął się i powiedział
-No to przecież dasz sobie radę, prawda?
Szczerze to chciała mu wygarnąć co o tym myśli, ale niestety, albo nawet stety, została wychowana tak by tego nie robić. Zastanawiała się też jak miała by znaleźć się w czasach arturiańskich, bo niestety-nie wierzyła, że jest to możliwe. Cała ta sytuacja wydawała się jej infantylna i w sercu żywiła nadzieję na to, iż szybko okaże się, iż to wszystko jest snem, lub jakimś niezbyt udanym żartem. Westchnęła kolejny raz. Kolejny raz w życiu była bezsilna...
Nawet nie wiedziała kiedy usnęła...
Na trawie po środku jasnej polanki leżała śpiąca dziewczyna, a promienie słońca padały na jej jasne policzki, włosy były rozrzucone po trawie i kwiatach wokoło. Leżała kilka kroków od maleńkiego jeziorka. Gdyby ktoś stanął na skraju polany zdecydowanie by uznał, że widok jest bajkowy. Wszędzie kolorowe kwiaty, jasne i czyste jeziorko, zielona, soczysta trawa, słońce świecące jasno dodawało uroku wielkim drzewom, w tym miejscu gęsto rosnących. Przez taki układ drzew polana była ukryta przed wścibskimi oczami innych ludzi. Dziewczyna na trawie poruszyła się niespokojnie.
Gwałtownie usiadła i zaczęła się rozglądać. Zupełnie nie wiedziała gdzie jest, ani co tu robi. Zaczął ją powoli ogarniać strach i panika. Wstała powoli i spostrzegła, że jest zupełnie inaczej ubrana niż w momencie gdy zasypiała.Ktoś ją przebrał?
Miała na sobie długą i prawdopodobnie jedwabną suknię w kolorze szmaragdu przeszywaną srebrnymi nićmi. Sukienka była śliczna, ale ona nienawidziła sukienek.Obróciła się dookoła kilka razy wpatrując się w fałdy sukni obracające się w jeden z najcudowniejszych sposobów na świecie. Jednak najbardziej przyciągnął jej uwagę ciekawy wzór na jej delolcie.
Delikatną srebrno-białą nitką na jej piersiach wyszyto duże skrzydła i były one podobne kształtem do tych dziadka. Wpatrywała się w to trochę zmieszana. Ktoś ją przebrał więc musiał ją widzieć nago...
-Akurat tym się przejmujesz?-usłyszała łagodny i spokojny głos za sobą więc szybko się odwróciła w tamtą stronę.
-O czym ty mówisz?-zapytała stojącego przed nią mężczyznę. Wyglądał on łagodnie i dostojnie zarazem, trochę się skuliła w sobie pod naporem jego spojrzenia.
-Oh dziecko, twój dziadek ci przecież powiedział, mimo twojego braku zaufania masz swoje zadanie.-ten uśmiechnął się do niej w taki sposób, iż poczyła się po prostu głupio i dziecinnie.-Musisz sprawić by twój biologiczy ojciec nie popełnił tego błędu i by to się nie skończyło jego śmiercią...
-Ale ja nie wiem co mam robić!-powiedziała odrobinę przerażona... i zirytowana. Spuściła wzrok na trawę i pociągnęła nosem.
-Jesteś mądra i prawdziwa...-poczuła dłoń na swoim ramieniu i podniosła na niego wzrok.-Masz w sobie magię która była zamknięta w twoim sercu które otoczyłaś murem. Nie dopuszczasz do siebie nikogo dziecko...-rumieniec wpłynął na jej lica na te słowa. Czuła się tak cholernie głupio...-jednak tylko ty możesz to zrobić. To twoje przeznaczenie.
-Jak? Ja nawet nie znam tej magii, nie wiem co robić... Nie wiem czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze jego...-odwróciła wzrok mając na myśli oczywiście dziadka.
-Jesteś nieśmiertelna, jesteś moim Teraźniejszym Archaniołem-powiedział mężczyzna dostojnie i poczuła na sobie jego uważne, poważne spojrzenie.-Tu masz swoje przeznaczenie. Tu czeka cię szczęście i twoja rodzina. A jego przecież spotkasz. Jestem tego pewien.-dzięki tym kilku zdaniom poczuła się odrobinę lepiej. Jednak zrodziły się w niej kolejne pytania.
-Teraźniejszym Archaniołem?-wyszeptała cichutko, mimo, iż chciała by jej głos brzmiał pewnie.Jak zawsze jej się to nie udało.
-Wszystkie pytania znajdą odpowiedź w swoim czasie... Powinnaś wyruszyć do Camelotu.-spuściła wzrok i mocno przygryzła wargę. Była naukowcem do cholery, nie lubiła niewiedzy. Jednak gdy ten wskazał jej stronę bez słowa ruszyła tam.
Nie obchodziło jej, że jest niemiła i nie okazała szacunku. Przecież nie pisała się na to. Chciała jedynie spokoju, ciepłego kocyka i herbaty. Czy prosiła o tak wiele?
Szła spokojnie jak się okazało ścieżką przed siebie, a wszędzie był las, liście, krzewy, jakieś zielsko, pająki, robaki i wilgoć. Do tego zaczynały ją boleć stopy. Dlaczego nie zostawili jej jakiś adidasów, trampek, glanów czy nawet zwykłych balerinek? Te buty co miała na nogach były skórzane i stasznie ją obcierały, były też niewygodne i czuła pod stopami każdy kamyk i każdą gałązkę.
W pewnym momencie marszu poczuła pod sobą dół i nawet nie zorientowała się kiedy wpadła do wielkiej dziury w ziemii. Wylądowała tak źle, iż poczuła wielki ból w kostce i nie mogła się podnieść, wspiąć się i wstać.
Z bezradności rozpłakała się wołając o pomoc, ale po kilku godzinach gdy już zapadał zmork drżała z zimna, powietrze ją wychładzało, a gardło bolało od krzyków. Cichutko łkając osunęła się na ziemię i nie wiedziała nawet kiedy po prostu odpłynęła...
Gwałtownie usiadła i zaczęła się rozglądać. Zupełnie nie wiedziała gdzie jest, ani co tu robi. Zaczął ją powoli ogarniać strach i panika. Wstała powoli i spostrzegła, że jest zupełnie inaczej ubrana niż w momencie gdy zasypiała.Ktoś ją przebrał?
Miała na sobie długą i prawdopodobnie jedwabną suknię w kolorze szmaragdu przeszywaną srebrnymi nićmi. Sukienka była śliczna, ale ona nienawidziła sukienek.Obróciła się dookoła kilka razy wpatrując się w fałdy sukni obracające się w jeden z najcudowniejszych sposobów na świecie. Jednak najbardziej przyciągnął jej uwagę ciekawy wzór na jej delolcie.
Delikatną srebrno-białą nitką na jej piersiach wyszyto duże skrzydła i były one podobne kształtem do tych dziadka. Wpatrywała się w to trochę zmieszana. Ktoś ją przebrał więc musiał ją widzieć nago...
-Akurat tym się przejmujesz?-usłyszała łagodny i spokojny głos za sobą więc szybko się odwróciła w tamtą stronę.
-O czym ty mówisz?-zapytała stojącego przed nią mężczyznę. Wyglądał on łagodnie i dostojnie zarazem, trochę się skuliła w sobie pod naporem jego spojrzenia.
-Oh dziecko, twój dziadek ci przecież powiedział, mimo twojego braku zaufania masz swoje zadanie.-ten uśmiechnął się do niej w taki sposób, iż poczyła się po prostu głupio i dziecinnie.-Musisz sprawić by twój biologiczy ojciec nie popełnił tego błędu i by to się nie skończyło jego śmiercią...
-Ale ja nie wiem co mam robić!-powiedziała odrobinę przerażona... i zirytowana. Spuściła wzrok na trawę i pociągnęła nosem.
-Jesteś mądra i prawdziwa...-poczuła dłoń na swoim ramieniu i podniosła na niego wzrok.-Masz w sobie magię która była zamknięta w twoim sercu które otoczyłaś murem. Nie dopuszczasz do siebie nikogo dziecko...-rumieniec wpłynął na jej lica na te słowa. Czuła się tak cholernie głupio...-jednak tylko ty możesz to zrobić. To twoje przeznaczenie.
-Jak? Ja nawet nie znam tej magii, nie wiem co robić... Nie wiem czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze jego...-odwróciła wzrok mając na myśli oczywiście dziadka.
-Jesteś nieśmiertelna, jesteś moim Teraźniejszym Archaniołem-powiedział mężczyzna dostojnie i poczuła na sobie jego uważne, poważne spojrzenie.-Tu masz swoje przeznaczenie. Tu czeka cię szczęście i twoja rodzina. A jego przecież spotkasz. Jestem tego pewien.-dzięki tym kilku zdaniom poczuła się odrobinę lepiej. Jednak zrodziły się w niej kolejne pytania.
-Teraźniejszym Archaniołem?-wyszeptała cichutko, mimo, iż chciała by jej głos brzmiał pewnie.Jak zawsze jej się to nie udało.
-Wszystkie pytania znajdą odpowiedź w swoim czasie... Powinnaś wyruszyć do Camelotu.-spuściła wzrok i mocno przygryzła wargę. Była naukowcem do cholery, nie lubiła niewiedzy. Jednak gdy ten wskazał jej stronę bez słowa ruszyła tam.
Nie obchodziło jej, że jest niemiła i nie okazała szacunku. Przecież nie pisała się na to. Chciała jedynie spokoju, ciepłego kocyka i herbaty. Czy prosiła o tak wiele?
Szła spokojnie jak się okazało ścieżką przed siebie, a wszędzie był las, liście, krzewy, jakieś zielsko, pająki, robaki i wilgoć. Do tego zaczynały ją boleć stopy. Dlaczego nie zostawili jej jakiś adidasów, trampek, glanów czy nawet zwykłych balerinek? Te buty co miała na nogach były skórzane i stasznie ją obcierały, były też niewygodne i czuła pod stopami każdy kamyk i każdą gałązkę.
W pewnym momencie marszu poczuła pod sobą dół i nawet nie zorientowała się kiedy wpadła do wielkiej dziury w ziemii. Wylądowała tak źle, iż poczuła wielki ból w kostce i nie mogła się podnieść, wspiąć się i wstać.
Z bezradności rozpłakała się wołając o pomoc, ale po kilku godzinach gdy już zapadał zmork drżała z zimna, powietrze ją wychładzało, a gardło bolało od krzyków. Cichutko łkając osunęła się na ziemię i nie wiedziała nawet kiedy po prostu odpłynęła...