czwartek, 27 listopada 2014

Rozdział 3

Schowana pod kołdrą w swoim pokoju myślała o tym wszystkim czego się dowiedziała. Szarpały nią emocje i czuła się dziwnie na myśl,że miałaby wykonywać czyjeś polecenia, przestrzegać reguł i zasad. Nienawidziła przestrzegać zasad, słuchać się kogoś innego.  Zawsze sama podejmowała decyzje i zdecydowanie chciała  by tak zostało. Czuła się przez to wolna i samodzielna. Jednak chyba nie miała wyboru prawda? Wydaje się to takie nierealne.
Wtuliła się  mocniej w poduszkę i zamknęła oczy. Najgorsze było to, że została okłamana. Całe jej życie było zbudowane na kłamstwie i to ją najbardziej przerażało w tym wszystkim. Nienawidziła kłamstwa. A dziadek... Nie wspominając o rodzicach którzy musieli coś na ten temat niedzieć... Czuła się zraniona i sama nie wiedziała co z tym zrobić by jej serce nie krwawiło tak mocno i boleśnie. Westchnęła cicho w poduszkę.
Co miała zrobić w tak głupiej sytuacji? Przecież nie była ani wielkim aniołem, nie znała się jak to określił dziadek na magii czy alchemii. Chociaż z tym drugim to nawet by polemizowała, bo miała podstawy alchemii jako obowiązkowy przedmiot do matury i potrafiła wiele z dziedziny chemii, wiedziała jak samej stwożyć różnorakie leki, chemikalia żrące i dezynfekujące. Gdy powiedziała to dziadkowi ten tylko uśmiechnął się i powiedział
-No to przecież dasz sobie radę, prawda?
Szczerze to chciała mu wygarnąć co o tym myśli, ale niestety, albo nawet stety, została wychowana tak by tego nie robić. Zastanawiała się też jak miała by znaleźć się  w czasach arturiańskich, bo niestety-nie wierzyła, że jest to możliwe. Cała ta sytuacja wydawała się jej infantylna i w sercu żywiła nadzieję na to, iż szybko okaże się, iż to wszystko jest snem, lub jakimś niezbyt udanym żartem. Westchnęła kolejny raz. Kolejny raz w życiu była bezsilna...
Nawet nie wiedziała kiedy usnęła...

Na trawie po środku jasnej polanki leżała śpiąca dziewczyna, a promienie słońca padały na jej jasne policzki, włosy były rozrzucone po trawie i kwiatach wokoło. Leżała kilka kroków od maleńkiego jeziorka. Gdyby ktoś stanął  na skraju polany zdecydowanie by uznał, że widok jest bajkowy. Wszędzie kolorowe kwiaty, jasne i czyste jeziorko, zielona, soczysta trawa, słońce świecące jasno dodawało uroku wielkim drzewom, w tym miejscu gęsto rosnących. Przez taki układ drzew polana była ukryta przed wścibskimi oczami innych ludzi. Dziewczyna na trawie poruszyła się niespokojnie.
Gwałtownie usiadła i zaczęła się rozglądać. Zupełnie nie wiedziała gdzie jest, ani co tu robi. Zaczął ją powoli ogarniać strach i panika. Wstała powoli i spostrzegła, że jest zupełnie inaczej ubrana niż w momencie gdy zasypiała.Ktoś ją przebrał?
Miała na sobie długą i prawdopodobnie jedwabną suknię w kolorze szmaragdu przeszywaną srebrnymi nićmi. Sukienka była śliczna, ale ona nienawidziła sukienek.Obróciła się dookoła kilka razy wpatrując się w fałdy sukni obracające się w jeden z najcudowniejszych sposobów na świecie. Jednak najbardziej przyciągnął jej uwagę ciekawy wzór na jej delolcie.
Delikatną srebrno-białą nitką na jej piersiach wyszyto duże skrzydła i były one podobne kształtem do tych dziadka. Wpatrywała się w to trochę zmieszana. Ktoś ją przebrał więc musiał ją widzieć nago...
-Akurat tym się przejmujesz?-usłyszała łagodny i spokojny głos za sobą więc szybko się odwróciła w tamtą stronę.
-O czym ty mówisz?-zapytała stojącego przed nią mężczyznę. Wyglądał on łagodnie i dostojnie zarazem, trochę się skuliła w sobie pod naporem jego spojrzenia.
-Oh dziecko, twój dziadek ci przecież powiedział, mimo twojego braku zaufania masz swoje zadanie.-ten uśmiechnął się do niej w taki sposób, iż poczyła się po prostu głupio i dziecinnie.-Musisz sprawić by twój biologiczy ojciec nie popełnił tego błędu i by to się nie skończyło jego śmiercią...
-Ale ja nie wiem co mam robić!-powiedziała odrobinę przerażona... i zirytowana. Spuściła wzrok na trawę i pociągnęła nosem.
-Jesteś mądra i prawdziwa...-poczuła dłoń na swoim ramieniu i podniosła na niego wzrok.-Masz w sobie magię która była zamknięta w twoim sercu które otoczyłaś murem. Nie dopuszczasz do siebie nikogo dziecko...-rumieniec wpłynął na jej lica na te słowa. Czuła się tak cholernie głupio...-jednak tylko ty możesz to zrobić. To twoje przeznaczenie.
-Jak? Ja nawet nie znam tej magii, nie wiem co robić... Nie wiem czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze jego...-odwróciła wzrok mając na myśli oczywiście dziadka.
-Jesteś nieśmiertelna, jesteś moim Teraźniejszym Archaniołem-powiedział mężczyzna dostojnie i poczuła na sobie jego uważne, poważne spojrzenie.-Tu masz swoje przeznaczenie. Tu czeka cię szczęście i twoja rodzina. A jego przecież spotkasz. Jestem tego pewien.-dzięki tym kilku zdaniom poczuła się odrobinę lepiej. Jednak zrodziły się w niej kolejne pytania.
-Teraźniejszym Archaniołem?-wyszeptała cichutko, mimo, iż chciała by jej głos brzmiał pewnie.Jak zawsze jej się to nie udało.
-Wszystkie pytania znajdą odpowiedź w swoim czasie... Powinnaś wyruszyć do Camelotu.-spuściła wzrok i mocno przygryzła wargę. Była naukowcem do cholery, nie lubiła niewiedzy. Jednak gdy ten wskazał jej stronę bez słowa ruszyła tam.
Nie obchodziło jej, że jest niemiła i nie okazała szacunku. Przecież nie pisała się na to. Chciała jedynie spokoju, ciepłego kocyka i herbaty. Czy prosiła o tak wiele?
Szła spokojnie jak się okazało ścieżką  przed siebie, a wszędzie był las, liście, krzewy, jakieś zielsko, pająki, robaki i wilgoć. Do tego zaczynały ją boleć stopy. Dlaczego nie zostawili jej jakiś adidasów, trampek, glanów czy nawet zwykłych balerinek? Te buty co miała na nogach były skórzane i stasznie ją obcierały, były też niewygodne i czuła pod stopami każdy kamyk i każdą gałązkę.
W pewnym momencie marszu poczuła pod sobą dół i nawet nie zorientowała się kiedy wpadła do wielkiej dziury w ziemii.  Wylądowała tak źle, iż poczuła wielki ból w kostce i nie mogła się podnieść, wspiąć się i wstać.
Z bezradności rozpłakała się wołając o pomoc, ale po kilku godzinach gdy już zapadał  zmork drżała z zimna, powietrze ją wychładzało, a gardło bolało od krzyków. Cichutko łkając osunęła się na ziemię i nie wiedziała nawet kiedy po prostu odpłynęła... 

niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 2

-Jesteś już na tyle duża by dowiedzieć się wszystkiego dziecko-powiedział spokojnie dziadek i odłożył koperty na stół, pochylił się w jej stronę i popatrzył jej prosto w oczy.-Powinnaś wiedzieć kim byli twoi prawdziwi rodzice, kim ty jesteś.-położył jej dłoń na kolanie, ale ta odsunęła się od niego nic nie rozumiejąc.
Nie wierzyła dziadkowi. Co on wygaduje? Przecież jej matka ją urodziła, przecież jest do niej podobna, przecież... Poczuła łzy w oczach i pewnie gdyby nie to, że siedziała upadłaby na ziemię bezwładnie jak lalka. Nie wierzyła w to... Jednak dziadek spokojnie wstał i spojrzał na nią tym wzrokiem pełym troski i uczucia, dzięki czemu poczuła się spokojna. Zamknęła na chwilę oczy i poczuła dłoń dzuadka na ramieniu, przez co spojrzała na niego oczami pełnymi łez.
-Nigdy nie byłem normalny kochanie. Dawno temu, dawniej niż możesz nawet pomyśleć, ba!  Dawniej niż twój umysł może to ogarnąć byłem głupi, bardzo głupi. Zrezygnowałem z wszystkiego na rzecz kobiety. Zostawiłem wielki majątek, rodzinę i przyjaciół mimo, że wiedziałem, iż nie będzie dla mnie powrotu. Jednak miłość do niej była tak wielka, że nie mogłem się jej oprzeć-tu zatrzymał swoją opowieść a ta wpatrywała się w niego z oczekiwaniem. Nie bardzo rozumiała to, co mężczyna chciał jej przekazać.-Kochałem ją ponad życie, kochałem ponad wszystko i mogłem zrobić każdą głupotę tylko po to by ta była zadowolona, by ta się uśmiechnęła lub zaśmiała. Była słodka jak miód, ale jednocześnie była przebiegłą manipulantką. Nie wiem do dziś dlaczego ją kochałem, jak mogłem zakochać się w takiej kobiecie jak głupiec i idiota, ale dziś wiem, że ta miłość mnie ogłupiła. Jednak gdy zaszła w ciążę, pokochałem nienarodzone jeszcze dziecko. Zrobiłbym wszystko by moje dziecko było szczęśliwe i miało co tylko by zapragnęło. Jednak Bóg miał inne plany-przyglądała się dziadkowi, gdy po chwili ten się odsunął od niej i gdy usłyszała dźwięk rozrywanego materiału nie wiedziała co się dzieje. Zobaczyła duże, czarno-złote skrzydła wyrastające z pleców kogoś kto przez wiele lat był jej jedyną podporą.
-Zabrał mi syna, zabrał go bezprawnie i oddał w ręce jednego z królów i jego żonie. Byłem wściekły, nie dość, że upadłem przez kobietę, to zabrano mi jedyną istotę którą mogłem pokochać.-powiedział zanim ta zdążyła się odezwać.-Jednak nie próbowałem go zabierać siłą. Skoro On tak chciał, tak musiło być.-tu dziadek spuścił głowę w dół i westchnął ciężko.-Mój syn miał syna.  Nazał go Arthur. Obserwowałem ich obu z daleka, tylko tyle mogłem zrobić by zaspokoić swoje głupie ego. W tamtych czasach było to banalnie proste, a już szczególnie przez to kim jestem. Jednak... Historia potoczyła się zupełnie inaczej niż ktokowiek mogło się komukolwiek wyobrażać...-ucichł i usiadł na swoim wcześniejszym miejscu nie chowając skrzydeł.
-Co to wszystko ma wspólnego ze mną?-wyszeptała dziewczyna cichutko i spojrzała w oczy temu... upadłemu aniołowi. Bo chyba był upadłym aniołem, prawda?
Dziadek milczał dłuższą chwilę, a ta zaczynała się niecierpliwić w środku. Była zła, zirytowana, źle się czuła i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Dlaczego on jej to mówi? Wywołał w niej tylko jeszcze większe uczucia niż wcześniej w sobie kotłowała.
-Jesteś córką Arthura.-powiedział powoli.-Jesteś córką kogoś kto żył prawie piętnaście wieków temu.-ten parsknął śmiechem a ona zrozumiała, że dziadek tak tylko z niej żartuje. Że to jego głupi żart i wybuchnęła głośnym śmiechem.
-Dziadku, naprawdę nie musisz sobie ze mnie żartować, odepnij to i po prostu spędźmy ten dzień w zwykły sposób-powiedziała śmiejąc się dziewczyna.
Mina dziadka nagle  stała się poważna i pokazał jej miejsce tuż obok siebie a ta usiadła tuż obok spełniając tą prośbę. Mężczyna ujął jej dłoń i położył na skrzydle.
Pierwszym co poczuła było ciepło i miękka faktura ciemnych piór.Były tak gładkie w dotyku i szczerze poczuła chęć wtulenia się w nie jak w przytulankę, jak w misia pluszowego i one były tak cudowne... Kolejne co poczuła to to, że delikatnie się poruszają, a gdy delikatnie rozchyliła piórka zobaczyła skórę na której widoczne były żyły i tętnice, a w nich o dziwo płynęła krew i o Boże. Czuła pulsującą krew i delikatnie napinające się mięśnie. To... To były prawdziwe, wielkie i mroczne skrzydła. Prawdziwe, jak u anioła, prawdziwego anioła... Ale to przeczyło wszelkiemu rozsądkowi.
-Oh.-wyksztusiła oszołomiona. To niemożliwe... Nie jest to możliwe.
-Jesteś córką króla Arthuta-powiedział cichutko.-Wiele lat byłaś zamknięta w Jaskini Czystej Magii przez co pozostałaś niemowlakiem po tym jak Gwen... Po tym jak cię urodziła. Magia cię chroniła i opiekowała się tobą, wlewała się w ciebie... A po tym jak umarła córka Marka i Camillie, a ja cię znalazłem... Pomyślałem, że przecież można udawać, że jesteś ich córką, że mogą cię wychować...-wyszeptał cichutko i po jego policzku spłynęła łza.
Dlaczego on płacze? Przecież... Przecież nie warto płakać w tym życiu. Nie warto. Przytuliła go delikatnie wiedziona impulsem i nie wiedząc czemu sama też się rozpłakała. Płakała jak dziecko w ramionach dziadka i nawet nie wiedziała kiedy to się stało.
W jej głowie było tylko jedno zadanie, jedna myśl.
To nie może być prawdą.
To jest głupi żart, a może sen i ona zaraz się obudzi albo dziadek krzyknie, że żartował.Tak, tak będzie.
-Jednak ten na górze chce...-wyszeptał łamiącym się głosem.-...chce byś zmieniła bieg historii i ocaliła Arthura.Powiedział mi to...-poczuła łzy dziadka na ramieniu.
Nie. To nie jest kurwa prawda.
Prawda?

czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 1

 Ten dzień nie zapowiadał się szczęśliwie. Od samego rana lał zimny deszcz i wiał rwący wiatr. Ludzie kryjący się pod parasolami przechodzili mokrymi chodnikami spiesząc się do pracy, szkoły czy do innych ich zajęć. Na zatłoczonej ulicy każdy był poważny, nie ukazywał uczuć, nikt się nie uśmiechał ani nie śmiał. Słychać było tylko deszcz i stukot butów o chodnik, chlapanie kałuży. Nieprzyjemne zimno szczypało policzki i ziębiło palce. Wiatr rozwiewał zaschnięte liście czasami nawet dmuchając przechodniom w twarz nimi.
 Taka pogoda wywoływała w niej refleksje. Siadała na dachu swojego domu ubrana w gruby sweter, z szalikiem, w czapce i w rękawiczkach. Spuszczała nogi przez barierkę siadając na ziemi i ramiona opierała i zimny metal wpatrując  się przed siebie jasnymi oczami. Jej długie loki rozwiewał wiatr a deszcz ją moczył, ale zdawało się, że ona tego nie czuje, wyglądała jak rzeźba. Jej usta nie rozciągały się w szerokim uśmiechu a oczy  nie radowały. Po prostu tam siedziała wpartując się w ludzi przechodzących niedaleko i myślała. 
 Czasami żałowała, że jej życie się tak potoczyło. Szczerze to sama nie wie jak dotrwała do tego momentu w swojej histori. Wszystko w jej życiu było szaro-bure, smutne i po prostu złe. Kim ona tak naprawdę jest? Tak naprawdę nie ma nic. Nie ma przyjaciół ani nawet sympatycznych znajomych. Nie posiada chłopaka ani nawet koleżanki! Nie ma też zwierzaka. Jest prawie  sama w tym starym domu i chyba tylko to ją jeszcze trzyma w tym realnym życiu. Jest tu dziadek i to on rozświetla jej smutną i szarą codzienność.
 Jej dziadek jest żwawym człowiekiem dopiero po pięćdziesiątce, ma lekko siwiejące czarne włosy i duże zielone oczy-dokładnie takie jak jej. Mężczyzna jest wysoki, postawny i bije od niego siła, ale i jednocześnie jakaś czuła troska i miłóść, przez co przebywanie z nim jest czystą przyjemnością. Nazywa się Lucyfer i zawsze żartuje, sobie z tego. Prawie nigdy na jego twarzy nie gości smutek.
 Tak szczerze ona tylko dla niego zawsze starała się być kimś. Tylko on miał dla niej serce więc i ona odwdzięczała się mu wszyskim co mogła.  Niedawno skończyła szkołę z wynikami najlepszymi w szkole i on był z niej cholernie dumny. Dziewczyna w tym roku zrezygnowała z kontynuuowania nauki robiąc sobie rok przerwy, ale za rok wybiera się na uniwersytet zdobyć wykształcenie matematyczno-fizyczno-chemiczne. Od zawsze to kochała, od zawsze ta część nauczki jej się podobała i nie zmieniło się to od kilkunastu lat.
-Przemarzniesz.-usłyszała obok siebie głos i odwróciła się w stronę dziadka stojącego tuż za nią. Spoglądał na nią z troską i miłością, a ona dobrze wiedziała, że dziadek po prostu nie chce by ona była chora. W jej sercu rozlało się słodkie ciepło- czułość. Powoli wstała i posłała mężczyźnie uśmiech.
-Chodźmy więc do środka, dobrze?-spytała się go a ten ruszył do zejścia z dachu bez słowa, ona tak samo w ciszy poszła za nim bez ociągania się.
-Idź się przebrać słońce.-powiedział spokojnie i spojrzał na swoją wnuczkę.-Wysusz się i załuż coś ciepłego a ja zaparzę nam herbaty.-posłał jej uśmiech i ruszył na dół gdy dziewczyna skinęła głową i ruszyła korytaszem do swojego pokoju.
 Tam szybko zdjęła przemoczone ubrania i wrzuciła je do kosza na pranie w swojej łazience. Została w samej bieliźnie i spojrzała na siebie  niechętnie w lustrze. Patrzyła na swoją skórę na której widniało pełno różnorakich blizn.Skrzywiła się lekko. Na jej ciele widnieje jej hostoria i nie wstydzi się jej, ale nie lubi na to patrzeć. Nie czuje się dobrze patrząc na swoje ciało. Przejeżdża dłońmi po wyraźnie zaznaczonej talii i dojeżdża rękami na swoje biodra gdzie wystają jej trochę kości co zdecydowanie jej nie odpowiada. Dłonią przejeżdża po płaskim, ale nie za bardzo brzchu. Zdecydowanie powinna zrzucić kilka kilogramów w swoim odczuciu.
 Potem jej spojrzenie wędruje na wystające bardzo widocznie obojczyki, które też jej się nie podobają. Nie podobają się jej ramiona które są na tej samej szerokości co biodra. Nie podobają się jej swoje nieproporcjonalnie duże piersi do reszty. I przede wszytkim nie podoba jej się swój tyłek, który według niej jest zbyt odstający. Wzdycha głośno.
Nie lubi swojego wyglądu. Jednak spogląda na swoją twarz i widzi kobietę tak bardzo podobną do jej mamy a jednocześnie tak różną. Jej mama była kobietą piękną o lekko kwadratowej, ale jeszcze owalnej twarzy i ten atut odziedziczyła. Jednak nie lubiła swoich wiecznie zarumienionych policzków, ani lekko zadartego noska, nie lubiła zawsze wydętych różowych ust a najbardziej nienawidziła dołeczków w swoich  policzkach które uwydatniały się gdy zdażyło się jej uśmiechnąć co w jej przypadku było bardziej uniesieniem lecutko kącików ust.
Jedyną rzeczą jaką w sobie naprawdę lubiła to włosy. Długie sięgające jej prawie do pośladków fale układające się w cudowne loki w kolorze jasnego brązu, a może już cieemnego blondu. Odwróciła wzrok.
Nie jest to czas na analizowanie swojego wyglądu, powinna się ubrać. Ruszyła więc do szafy wcześniej porywając z kaloryfera ręcznik i idąc wycierała nim włosy, ale szybko odrzuciła ręcznik na biurko. Z szafy wyciągnęła szare spodnie dresowe i czarną lużną koszulkę. Nie musiała się nikomu podobać więc czemu miałaby się stroić? Szybko się przebrała a z szuflady wiciągnęła ciepłe skarpetki i szybko założyła je na stopy.
Spokojnie ruszyła na dół i zastała dziadka z herbatą w kubku. Siedział na kanapie przeglądając listy, otwarte i prawdopobnie przeczytane koperty leżały na stole. Tuż obok nich stał kubek z parującą herbartą. Uśmiechnęła się siadając na fotelu i wzięła kubek w dłonie.
-Powinniśmy poważnie porozmawiać dziecko...-powiedział poważnie dziadek a jej serce stanęło jakby oczekując najgorszego.
Co się mogło stać? 

środa, 19 listopada 2014

Prolog

Mała dziewczynka siedziała w ostatniej ławce w klasie ślicznie ubrana w granatowo-biały mundurek szkolny. Spoglądała pusto przed siebie nie patrząc na rodziców i uczniów ani nawet na nauczycielkę. Oni znowu nie znaleźli czasu by pojawić się w jej szkole w tym dniu, znowu ich nie było, ale cóż spodziewała się tego.Dziewczynka spuściła wzrok czując jak w oczy zapiekły ją łzy. Jasne loczki opadły na pobladłą twarz i po policzkach spłyneły słone gorzkie krople. Zerwała się szybko ze swojego miejsca i wybiegła z klasy łapiąc za swój tornister szkolny.
Ich nigdy nie ma. Nigdy nie mają czasu.
Z bólem w sercu wybiegła ze szkoły na zimne listopadowe powietrze i mocniej otuliła się bluzą na ramionach. Jako uosobienie nędzy i rozpaczy ruszyła w stronę mieszkania babci, a łzy nie chciały przestać płynąć po jej jasnych policzkach. Dlaczego oni jej nie kochają? Dlaczego ciągle nie mają dla niej czasu? Dlaczego nie chcą swojej jedynej córki?
Weszła spokojnie  po schodach i kluczami otworzyła drzwi. Od razu usłyszała szloch i cichy szept dziadka
-Wszystko będzie dobrze Lydio... Nie płacz.-powiedział powoli jej ukochany dziadek. Cichutko podeszła do salonu i zobaczyła płaczącą babkę i tulącego ją dziadka.
-Co się stało?-zapytała mała dziewczynka stawiając plecak na podłodze i usiadła koło babci obejmując ją swoimi małymi ramionkami.
-O-oni nie żyją Felicjo. Ich już nie ma-wyszlochała babka i objęła wnuczkę ramieniem jednocześnie mocniej wtulając się w swojego męża.-Twoi rodzice...-zaczęła, ale ogarnął ją szloch.
Nie żyją? Przecież dziś rano widziała wystrojoną parkę gdy wychodzili do biura i obiecywali, że pojawią się na dniach otwartych szkoły. Że zobaczą jak radzi sobie ich córeczka...
Z jej zielonych oczu popłyneły łzy plamiąc białą koszulę mundurka szkolnego. Wstała, chwiejnym krokiem ruszyła w stronę swojego pokoju.Tam rzuciła się na łóżko i wtuliła w puchatego białego misia.
Dlaczego znowu ją zostawili? Dlaczego ją zawodzą? Dlaczego Bóg łamie jej dziecięce i niewinne serduszko? Przecież nic nie zrobiła nikomu. Dlaczego więc wszyscy zsyłają na nią cierpienie, dlaczego ciągle doprowadzają ją do płaczu?
Tylko Bóg zna odpowiedź i kto by przypuszczał, że jej udzieli odpowiedzi na wszystkie pytania... Tylko czy ona chce to wszystko wiedzieć?


Równo trzy miesiące po pogrzebie doszła do niej kolejna bolesna prawda. Babcia nie żyje. Popełniła samobójstwo. To słowo tak obco brzmi w jej myślach. Kolejna osoba ją zostawiła na tym świecie samą.  Kolejna osoba doprowadziła do przepłakania kilku nocy. Jedynie dziadek jeszcze pozostał... Tylko jego jeszcze ma... Szloch ogarnął jej kruche i delikatne ciałko. Drżenie zabrało powietrze z płuc. A łzy odebrały zdolność widzenia. Jedyne co teraz powtarzała jak mantrę było
-Aniele Boży, Stróżu mój Ty zawsze przy mnie stój, bądź mi zawsze ku pomocy i we dnie i w nocy...
Spoglądał na to jeden upadły anioł i czuł jak jego serce rozrywa się na kawałki. Ona na to nie zasługuje... Cichutko zamknął drzwi pokoju i pięścią mocno uderzył w drzwi a zewsząd rozległ się huk.
Bóg usłyszał wołanie.
Spogląda na dziecko z wielką czułością i miłością. Patrzy na nią chwile i uśmiecha się lekko.
-Uda ci się Teraźniejszy Archaniele...