niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 2

-Jesteś już na tyle duża by dowiedzieć się wszystkiego dziecko-powiedział spokojnie dziadek i odłożył koperty na stół, pochylił się w jej stronę i popatrzył jej prosto w oczy.-Powinnaś wiedzieć kim byli twoi prawdziwi rodzice, kim ty jesteś.-położył jej dłoń na kolanie, ale ta odsunęła się od niego nic nie rozumiejąc.
Nie wierzyła dziadkowi. Co on wygaduje? Przecież jej matka ją urodziła, przecież jest do niej podobna, przecież... Poczuła łzy w oczach i pewnie gdyby nie to, że siedziała upadłaby na ziemię bezwładnie jak lalka. Nie wierzyła w to... Jednak dziadek spokojnie wstał i spojrzał na nią tym wzrokiem pełym troski i uczucia, dzięki czemu poczuła się spokojna. Zamknęła na chwilę oczy i poczuła dłoń dzuadka na ramieniu, przez co spojrzała na niego oczami pełnymi łez.
-Nigdy nie byłem normalny kochanie. Dawno temu, dawniej niż możesz nawet pomyśleć, ba!  Dawniej niż twój umysł może to ogarnąć byłem głupi, bardzo głupi. Zrezygnowałem z wszystkiego na rzecz kobiety. Zostawiłem wielki majątek, rodzinę i przyjaciół mimo, że wiedziałem, iż nie będzie dla mnie powrotu. Jednak miłość do niej była tak wielka, że nie mogłem się jej oprzeć-tu zatrzymał swoją opowieść a ta wpatrywała się w niego z oczekiwaniem. Nie bardzo rozumiała to, co mężczyna chciał jej przekazać.-Kochałem ją ponad życie, kochałem ponad wszystko i mogłem zrobić każdą głupotę tylko po to by ta była zadowolona, by ta się uśmiechnęła lub zaśmiała. Była słodka jak miód, ale jednocześnie była przebiegłą manipulantką. Nie wiem do dziś dlaczego ją kochałem, jak mogłem zakochać się w takiej kobiecie jak głupiec i idiota, ale dziś wiem, że ta miłość mnie ogłupiła. Jednak gdy zaszła w ciążę, pokochałem nienarodzone jeszcze dziecko. Zrobiłbym wszystko by moje dziecko było szczęśliwe i miało co tylko by zapragnęło. Jednak Bóg miał inne plany-przyglądała się dziadkowi, gdy po chwili ten się odsunął od niej i gdy usłyszała dźwięk rozrywanego materiału nie wiedziała co się dzieje. Zobaczyła duże, czarno-złote skrzydła wyrastające z pleców kogoś kto przez wiele lat był jej jedyną podporą.
-Zabrał mi syna, zabrał go bezprawnie i oddał w ręce jednego z królów i jego żonie. Byłem wściekły, nie dość, że upadłem przez kobietę, to zabrano mi jedyną istotę którą mogłem pokochać.-powiedział zanim ta zdążyła się odezwać.-Jednak nie próbowałem go zabierać siłą. Skoro On tak chciał, tak musiło być.-tu dziadek spuścił głowę w dół i westchnął ciężko.-Mój syn miał syna.  Nazał go Arthur. Obserwowałem ich obu z daleka, tylko tyle mogłem zrobić by zaspokoić swoje głupie ego. W tamtych czasach było to banalnie proste, a już szczególnie przez to kim jestem. Jednak... Historia potoczyła się zupełnie inaczej niż ktokowiek mogło się komukolwiek wyobrażać...-ucichł i usiadł na swoim wcześniejszym miejscu nie chowając skrzydeł.
-Co to wszystko ma wspólnego ze mną?-wyszeptała dziewczyna cichutko i spojrzała w oczy temu... upadłemu aniołowi. Bo chyba był upadłym aniołem, prawda?
Dziadek milczał dłuższą chwilę, a ta zaczynała się niecierpliwić w środku. Była zła, zirytowana, źle się czuła i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Dlaczego on jej to mówi? Wywołał w niej tylko jeszcze większe uczucia niż wcześniej w sobie kotłowała.
-Jesteś córką Arthura.-powiedział powoli.-Jesteś córką kogoś kto żył prawie piętnaście wieków temu.-ten parsknął śmiechem a ona zrozumiała, że dziadek tak tylko z niej żartuje. Że to jego głupi żart i wybuchnęła głośnym śmiechem.
-Dziadku, naprawdę nie musisz sobie ze mnie żartować, odepnij to i po prostu spędźmy ten dzień w zwykły sposób-powiedziała śmiejąc się dziewczyna.
Mina dziadka nagle  stała się poważna i pokazał jej miejsce tuż obok siebie a ta usiadła tuż obok spełniając tą prośbę. Mężczyna ujął jej dłoń i położył na skrzydle.
Pierwszym co poczuła było ciepło i miękka faktura ciemnych piór.Były tak gładkie w dotyku i szczerze poczuła chęć wtulenia się w nie jak w przytulankę, jak w misia pluszowego i one były tak cudowne... Kolejne co poczuła to to, że delikatnie się poruszają, a gdy delikatnie rozchyliła piórka zobaczyła skórę na której widoczne były żyły i tętnice, a w nich o dziwo płynęła krew i o Boże. Czuła pulsującą krew i delikatnie napinające się mięśnie. To... To były prawdziwe, wielkie i mroczne skrzydła. Prawdziwe, jak u anioła, prawdziwego anioła... Ale to przeczyło wszelkiemu rozsądkowi.
-Oh.-wyksztusiła oszołomiona. To niemożliwe... Nie jest to możliwe.
-Jesteś córką króla Arthuta-powiedział cichutko.-Wiele lat byłaś zamknięta w Jaskini Czystej Magii przez co pozostałaś niemowlakiem po tym jak Gwen... Po tym jak cię urodziła. Magia cię chroniła i opiekowała się tobą, wlewała się w ciebie... A po tym jak umarła córka Marka i Camillie, a ja cię znalazłem... Pomyślałem, że przecież można udawać, że jesteś ich córką, że mogą cię wychować...-wyszeptał cichutko i po jego policzku spłynęła łza.
Dlaczego on płacze? Przecież... Przecież nie warto płakać w tym życiu. Nie warto. Przytuliła go delikatnie wiedziona impulsem i nie wiedząc czemu sama też się rozpłakała. Płakała jak dziecko w ramionach dziadka i nawet nie wiedziała kiedy to się stało.
W jej głowie było tylko jedno zadanie, jedna myśl.
To nie może być prawdą.
To jest głupi żart, a może sen i ona zaraz się obudzi albo dziadek krzyknie, że żartował.Tak, tak będzie.
-Jednak ten na górze chce...-wyszeptał łamiącym się głosem.-...chce byś zmieniła bieg historii i ocaliła Arthura.Powiedział mi to...-poczuła łzy dziadka na ramieniu.
Nie. To nie jest kurwa prawda.
Prawda?

1 komentarz:

  1. Zaczyna robić się bardzo ciekawie. Mam nadzieję, że główna bohaterka nie wystraszy się i zrobi, co ma zrobić.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń