czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 1

 Ten dzień nie zapowiadał się szczęśliwie. Od samego rana lał zimny deszcz i wiał rwący wiatr. Ludzie kryjący się pod parasolami przechodzili mokrymi chodnikami spiesząc się do pracy, szkoły czy do innych ich zajęć. Na zatłoczonej ulicy każdy był poważny, nie ukazywał uczuć, nikt się nie uśmiechał ani nie śmiał. Słychać było tylko deszcz i stukot butów o chodnik, chlapanie kałuży. Nieprzyjemne zimno szczypało policzki i ziębiło palce. Wiatr rozwiewał zaschnięte liście czasami nawet dmuchając przechodniom w twarz nimi.
 Taka pogoda wywoływała w niej refleksje. Siadała na dachu swojego domu ubrana w gruby sweter, z szalikiem, w czapce i w rękawiczkach. Spuszczała nogi przez barierkę siadając na ziemi i ramiona opierała i zimny metal wpatrując  się przed siebie jasnymi oczami. Jej długie loki rozwiewał wiatr a deszcz ją moczył, ale zdawało się, że ona tego nie czuje, wyglądała jak rzeźba. Jej usta nie rozciągały się w szerokim uśmiechu a oczy  nie radowały. Po prostu tam siedziała wpartując się w ludzi przechodzących niedaleko i myślała. 
 Czasami żałowała, że jej życie się tak potoczyło. Szczerze to sama nie wie jak dotrwała do tego momentu w swojej histori. Wszystko w jej życiu było szaro-bure, smutne i po prostu złe. Kim ona tak naprawdę jest? Tak naprawdę nie ma nic. Nie ma przyjaciół ani nawet sympatycznych znajomych. Nie posiada chłopaka ani nawet koleżanki! Nie ma też zwierzaka. Jest prawie  sama w tym starym domu i chyba tylko to ją jeszcze trzyma w tym realnym życiu. Jest tu dziadek i to on rozświetla jej smutną i szarą codzienność.
 Jej dziadek jest żwawym człowiekiem dopiero po pięćdziesiątce, ma lekko siwiejące czarne włosy i duże zielone oczy-dokładnie takie jak jej. Mężczyzna jest wysoki, postawny i bije od niego siła, ale i jednocześnie jakaś czuła troska i miłóść, przez co przebywanie z nim jest czystą przyjemnością. Nazywa się Lucyfer i zawsze żartuje, sobie z tego. Prawie nigdy na jego twarzy nie gości smutek.
 Tak szczerze ona tylko dla niego zawsze starała się być kimś. Tylko on miał dla niej serce więc i ona odwdzięczała się mu wszyskim co mogła.  Niedawno skończyła szkołę z wynikami najlepszymi w szkole i on był z niej cholernie dumny. Dziewczyna w tym roku zrezygnowała z kontynuuowania nauki robiąc sobie rok przerwy, ale za rok wybiera się na uniwersytet zdobyć wykształcenie matematyczno-fizyczno-chemiczne. Od zawsze to kochała, od zawsze ta część nauczki jej się podobała i nie zmieniło się to od kilkunastu lat.
-Przemarzniesz.-usłyszała obok siebie głos i odwróciła się w stronę dziadka stojącego tuż za nią. Spoglądał na nią z troską i miłością, a ona dobrze wiedziała, że dziadek po prostu nie chce by ona była chora. W jej sercu rozlało się słodkie ciepło- czułość. Powoli wstała i posłała mężczyźnie uśmiech.
-Chodźmy więc do środka, dobrze?-spytała się go a ten ruszył do zejścia z dachu bez słowa, ona tak samo w ciszy poszła za nim bez ociągania się.
-Idź się przebrać słońce.-powiedział spokojnie i spojrzał na swoją wnuczkę.-Wysusz się i załuż coś ciepłego a ja zaparzę nam herbaty.-posłał jej uśmiech i ruszył na dół gdy dziewczyna skinęła głową i ruszyła korytaszem do swojego pokoju.
 Tam szybko zdjęła przemoczone ubrania i wrzuciła je do kosza na pranie w swojej łazience. Została w samej bieliźnie i spojrzała na siebie  niechętnie w lustrze. Patrzyła na swoją skórę na której widniało pełno różnorakich blizn.Skrzywiła się lekko. Na jej ciele widnieje jej hostoria i nie wstydzi się jej, ale nie lubi na to patrzeć. Nie czuje się dobrze patrząc na swoje ciało. Przejeżdża dłońmi po wyraźnie zaznaczonej talii i dojeżdża rękami na swoje biodra gdzie wystają jej trochę kości co zdecydowanie jej nie odpowiada. Dłonią przejeżdża po płaskim, ale nie za bardzo brzchu. Zdecydowanie powinna zrzucić kilka kilogramów w swoim odczuciu.
 Potem jej spojrzenie wędruje na wystające bardzo widocznie obojczyki, które też jej się nie podobają. Nie podobają się jej ramiona które są na tej samej szerokości co biodra. Nie podobają się jej swoje nieproporcjonalnie duże piersi do reszty. I przede wszytkim nie podoba jej się swój tyłek, który według niej jest zbyt odstający. Wzdycha głośno.
Nie lubi swojego wyglądu. Jednak spogląda na swoją twarz i widzi kobietę tak bardzo podobną do jej mamy a jednocześnie tak różną. Jej mama była kobietą piękną o lekko kwadratowej, ale jeszcze owalnej twarzy i ten atut odziedziczyła. Jednak nie lubiła swoich wiecznie zarumienionych policzków, ani lekko zadartego noska, nie lubiła zawsze wydętych różowych ust a najbardziej nienawidziła dołeczków w swoich  policzkach które uwydatniały się gdy zdażyło się jej uśmiechnąć co w jej przypadku było bardziej uniesieniem lecutko kącików ust.
Jedyną rzeczą jaką w sobie naprawdę lubiła to włosy. Długie sięgające jej prawie do pośladków fale układające się w cudowne loki w kolorze jasnego brązu, a może już cieemnego blondu. Odwróciła wzrok.
Nie jest to czas na analizowanie swojego wyglądu, powinna się ubrać. Ruszyła więc do szafy wcześniej porywając z kaloryfera ręcznik i idąc wycierała nim włosy, ale szybko odrzuciła ręcznik na biurko. Z szafy wyciągnęła szare spodnie dresowe i czarną lużną koszulkę. Nie musiała się nikomu podobać więc czemu miałaby się stroić? Szybko się przebrała a z szuflady wiciągnęła ciepłe skarpetki i szybko założyła je na stopy.
Spokojnie ruszyła na dół i zastała dziadka z herbatą w kubku. Siedział na kanapie przeglądając listy, otwarte i prawdopobnie przeczytane koperty leżały na stole. Tuż obok nich stał kubek z parującą herbartą. Uśmiechnęła się siadając na fotelu i wzięła kubek w dłonie.
-Powinniśmy poważnie porozmawiać dziecko...-powiedział poważnie dziadek a jej serce stanęło jakby oczekując najgorszego.
Co się mogło stać? 

1 komentarz:

  1. Dlaczego odniosłem wrażenie, że dziadek jest poważnie chory? ;////
    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń